Jeżeli kibicujemy jakiemuś zawodnikowi zagranicznemu, to dlatego, że go za coś lubimy (jakkolwiek byśmy to racjonalizowali), a to już jest kryterium pozasportowe.
A to poczemusz? Kiedysz bełę mniejszem Gnębąkiem widziełę Mesjegusz kturen wydryblał puł pszeszczeni na stadiumie. Od tegusz momętu kibicam jemusz iszby dryblał i szczelał jakosz wączas. Albowię paczełę na to zez lubościom. I gunwno obchadza mie jegusz gięba albosz światoobgląd i legularne uczemszczanie na Msze św.
@rozum.von.keikobad powiedział(a):
Kibicowanie według pozasportowych kryteriów nie ma żadnego sensu, istotnie. Cieszę się że po pamiętnym finale MŚ w Katarze wreszcie ten pogląd pomału się przebija na forum.
Kibicowanie jest możliwe zasadniczo tylko z pobudek pozasportowych.
Sympatyzowanie z zawodnikiem według kryteriów czysto sportowych oznaczałoby po prostu kibicowanie zwycięzcy, którego przecież poznajemy dopiero na zakończenie rywalizacilji.
Jeżeli kibicujemy jakiemuś zawodnikowi zagranicznemu, to dlatego, że go za coś lubimy (jakkolwiek byśmy to racjonalizowali), a to już jest kryterium pozasportowe.
Gdyby jedynym elementem sportu był wynik, to istotnie. Jeśli ktoś dostrzega tylko taki element, to nie wiem po co w ogóle oglądać sport (wystarczyłoby sprawdzenie końcowego wyniku), ale oczywiście nie zabronię.
@rozum.von.keikobad powiedział(a):
Kibicowanie według pozasportowych kryteriów nie ma żadnego sensu, istotnie. Cieszę się że po pamiętnym finale MŚ w Katarze wreszcie ten pogląd pomału się przebija na forum.
Kibicowanie jest możliwe zasadniczo tylko z pobudek pozasportowych.
Sympatyzowanie z zawodnikiem według kryteriów czysto sportowych oznaczałoby po prostu kibicowanie zwycięzcy, którego przecież poznajemy dopiero na zakończenie rywalizacilji.
Jeżeli kibicujemy jakiemuś zawodnikowi zagranicznemu, to dlatego, że go za coś lubimy (jakkolwiek byśmy to racjonalizowali), a to już jest kryterium pozasportowe.
Gdyby jedynym elementem sportu był wynik, to istotnie. Jeśli ktoś dostrzega tylko taki element, to nie wiem po co w ogóle oglądać sport (wystarczyłoby sprawdzenie końcowego wyniku), ale oczywiście nie zabronię.
Dalej nie rozumiesz, że my kibice narodowych reprezentacji siedząc przed tv i mocno trzymając kciuki za jedną reprą, albo mocno złorzecząc jednej repry, naprawdę mamy wiarę że mamy wpływ na końcowy wynik, że "rzucamy urok" przez ekran tv na tę reprę, na którą chcemy go rzucić. Bynajmniej nie z powodów czysto sportowych
Film robiony przez młodych ludzi, dzieci - moglibyśmy rzec, zdobył różne nagrody (po prawdzie nie mam pojęcia, jakiej one są wartości). Robiony przez wytwórnię: Our Lady of Mount Carmel - ale na ich stronie zobaczyłem, że to są dwie "wytwórnie": Mount Carmel Studios i Our Lady ;-)
Jeśli uważnie prześledzimy napisy, to zobaczymy, że dzieło stworzyło m.in. kilka rodzin - zapewne rodzeństwa Shields, Mauro, Barbaro, Quinn, Scelcedo,
Taki np. Brian Shields był: producentem, aktorem, kamerzystą, głównym wózkowym, statystą w szpitalu, a jeden z jego braci (a może to siostra - nie udało mi się odszukać) nosi imię Kolbe.
Jednym z głównych motywów muzycznych jest muzyka "utworzona" przez Our Lady of Guadalupe - muzyka powstała poprzez przełożenie układu gwiazd na płaszczu na nuty - historia ciekawa sama w sobie.
Wspaniały dzień (A Great Day) - półgodzinna krótkometrażówka.
Ciekawe rzeczy dzieją się w amerykańskich kinach. Wpływowy YouTuber tanio sfinansował, napisał, wyreżyserował i zagrał główną rolę w adaptacji horror-gry video, a ludzie przyszli do kin.
Prosty, nieudziwniony, w starym stylu film biograficzny (fabularny) o św. Tereni.
Nie jest to arcydzieło według dzisiejszych kryteriów, ale na niedzielny poobiedni seans z rodziną nadaje się idealnie.
Co jednak znacznie ciekawsze, to osoba aktorki odtwarzającej rolę tytułową, która zagrała w życiu jedną rolę, po czym oddała się życiu rodzinnemu (ma sporą gromadkę dzieci). Wcześniej jeszcze nawróciła się z kwakierstwa na katolicyzm, w jeden dzień przyjęła 3 sakramenty. Zresztą przeczytajcie sami (również jakie imiona przyjęła na chrzcie). Bardzo piękna historia.
„Wychowałam się w bardzo religijnym domu. Podstawą wiary ewangelickiej, którą przyjęliśmy, była prostota serca, umysłu, modlitwa (zwłaszcza kontemplacyjna). W tym wyznaniu nie było miejsca na sakramenty, ani też na jakikolwiek autorytet i dlatego było mi trudno zaakceptować ten wymiar w Kościele katolickim. Nigdy jednak nie wątpiłam w Jezusa. W szkole średniej spotkałam się z wieloma katolikami. Wcześniej słyszałam o nich, że tak naprawdę nie praktykują swojej wiary, i że liczy się dla nich tylko rytuał. Pewien katolik powiedział mi jednak: Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś o mojej wierze, to przeczytaj katechizm. Tak też zrobiłam. Miałam zamiar udowodnić koledze, że się myli, że nie powinien być katolikiem. Jako protestantka żyłam w przeświadczeniu, że wiarę można znaleźć tylko w Biblii, dlatego wzięłam Pismo św. do ręki i zaczęłam je czytać od początku do końca. Podczas lektury zaznaczałam fragmenty, mówiące o chrzcie i Komunii św. Wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że w Biblii jest mowa o sakramentach, o chrzcie, o Ciele i Krwi Jezusa i zdałam sobie sprawę, że nie mogę dalej trwać w wyznaniu ewangelickim. Nie wiedziałam, dokąd się udać. Ciągle jednak nie chciałam być katoliczką. Miałam wtedy 16 lat, a rodzice nie mieli o niczym pojęcia. Czułam się zagubiona. Przez cały czas żarliwie się modliłam o doprowadzenie do właściwego miejsca. Z książek historycznych dowiedziałam się, że Ojcowie Kościoła byli ochrzczeni, byli przyjaciółmi Jezusa oraz że przyjmowali Komunię św. i czcili Matkę Bożą. Pamiętam dzień, w którym zdałam sobie sprawę, że wczesny Kościół był Kościołem katolickim. Byłam tym odkryciem bardzo podekscytowana, a jednocześnie bardzo mnie to przestraszyło. Nie wiedziałam, co z tym wszystkim zrobić.
Zaczęłam odwiedzać kościół katolicki. Kiedy poszłam po raz pierwszy na Mszę św., nie miałam pojęcia, jak się zachować. Wszyscy siedzieli, wstawali, klękali, a ja byłam jedyną osobą z Biblią w torbie, która siedziała przestraszona. Ale jak tylko wyszłam z kościoła, poczułam, że chcę tu wrócić. Teraz oczywiście wiem, że przyciągało mnie miejsce, gdzie Ciało Chrystusa jest rzeczywiście obecne.
Jednego dnia modliłam się w ciszy serca w kościele. Nagle usłyszałam słowa: Jestem tutaj. Ten głos był tak donośny, że aż spojrzałam w górę i dookoła siebie, ale nikogo nie zauważyłam. Znów zaczęłam się modlić, ale po chwili usłyszałam ten sam głos po raz drugi i trzeci. Wiedziałam, że to Jezus, który dawał mi pokój. Mówił, że mam otworzyć serce na wiarę katolicką, a przynajmniej przyznać, iż katolicy nie są takimi, jakimi ich postrzegałam. Te słowa – Jestem tutaj – oznaczały – Jestem w tabernakulum, Moja Krew i Ciało są tutaj, nie musisz nigdzie iść. To właśnie otworzyło moje serce na Kościół katolicki. Ale ciągle zachowywałam się, jak w pewnej scenie z dzieciństwa. Mieszkaliśmy wtedy na bardzo małej ulicy i tylko sporadycznie przejeżdżały przez nią samochody. Kiedy miałam sześć lat, poszłam z trzyletnim bratem karmić kaczki do farmy naprzeciwko naszego domu. Na filmie video, który tego dnia nakręcił tato, można zobaczyć mojego brata, jak przebiega przez ulicę. Potem widać moją głowę obracającą się nerwowo to w prawą, to w lewą stronę. Droga była pusta, a jednak bałam się przejść na drugą stronę. I tak właśnie wyglądało moje życie. Pan Bóg mówił do mnie: Mam dla ciebie małą ścieżkę, po prostu wejdź na nią. Ale ja się bałam, bo chciałam się upewnić, czy to jest właściwa droga.
Kiedy miałam 17 lat pojechałam do Europy. W Rzymie zrozumiałam, że Kościół katolicki ma coś, czego inne Kościoły nie mają: historię, teologię, duchowość, bogactwo. Wracając do domu, zdałam sobie sprawę, że muszę zostać katoliczką. Nikomu o tym nie mówiłam, ale w sercu już byłam tego pewna. Poznałam wtedy pierwszą świętą – św. Faustynę. Mniej więcej w czasie, kiedy została ona ogłoszona błogosławioną, oglądałam film o niej. Byłam pod wielkim wrażeniem świętości tej siostry, jej bliskości z Bogiem. Słyszałam, że w pewnym momencie swego życia modliła się do Matki Bożej. Pomyślałam, że jak osoba święta modli się do Maryi, to coś to znaczy. Postanowiłam odmawiać różaniec, ale nie wiedziałam, jak to się robi, ani gdzie znaleźć informacje na ten temat. W końcu pomyślałam o… Internecie. Wpisałam w jedną z „wyszukiwarek” pytanie: Jak odmawiać różaniec? Szczęśliwie otrzymałam linki do wielu stron. Tak więc z elektronicznym Ave Maria w tle, zaczęłam się modlić na różańcu. Pamiętam jak bardzo się bałam, że do pokoju wejdzie któreś z rodziców, ale tak się nie stało. W ostatniej klasie szkoły średniej powiedziałam w domu, że chcę zostać katoliczką. Rodzice byli tym bardzo zasmuceni.
Chodziłam codziennie do kościoła, mimo iż zabraniano mi tego. I choć nie mogłam przyjmować Komunii św., to jednak cieszyłam się, że mogę być blisko Najświętszego Sakramentu.
Pewnego dnia przy kościele stało mnóstwo samochodów policyjnych i karetek. Byłam pewna, że ktoś umarł. Zapytałam kogoś na parkingu, co się stało. Okazało się, że przyjechały relikwie św. Tereski od Dzieciątka Jezus. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, kim była św. Tereska, a same relikwie mnie przestraszyły. Mimo to weszłam do kościoła. Dziś wiem, że Ona tego chciała. Stanęłam na końcu kościoła, koło starszego pana, który zauważył, że nie miałam pojęcia, jak się zachować, więc wszystko mi wyjaśnił. Pan nazywał się Concepción [z hiszp. Poczęcie] na cześć Niepokalanie Poczętej. Teraz widzę, że Maryja prowadziła mnie przez cały czas. Podczas Mszy św. adorowałam relikwie. Bałam się, że kamery telewizyjne mnie wychwycą i pojawię się w wiadomościach, a nie chciałam, aby rodzice się o tym dowiedzieli. Nie pokazano mnie jednak w telewizji – widocznie Jezus zaplanował mój debiut filmowy na później.
Kiedy rozpoczęłam college, wątpiłam, czy można być aktorką jednocześnie będąc chrześcijanką. Sprawy wiary odłożyłam więc na dalszy plan. Realizowałam jednak później przedstawienie o Jezusie w oczach kobiet: Maryi, Marii, Marty… Właśnie wtedy ktoś z widowni powiedział mi, że będzie nagrywany film o św. Teresce. Choć ciągle nie wiedziałam, kim ona była, poszłam na casting.
Jak tylko otrzymałam tę rolę, kupiłam wszystkie dostępne książki na temat Małej Teresy. Święta miała duży wpływ na moje życie, przez cały czas dotykała mnie i zmieniała. To nie była tylko rola, to było nawrócenie. Św. Teresa ma bowiem taką moc oddziaływania na ludzi, że niemożliwością jest pozostać obojętnym na jej miłość. Wiele osób podziwiało św. Teresę ze względu na to, jak kochała. Kiedy dotykała kogoś, ten czuł się tak, jakby dotykał go sam Jezus. Św. Teresa wiele nie robiła – ona po prostu kochała. To jest to, do czego wszyscy jesteśmy powołani: powołani do miłości. Tego chce od nas Bóg. I to właśnie tłumaczy, czym jest bycie malutkim: być kochanym przez Jezusa i samemu kochać innych tą miłością. W małych, zwyczajnych rzeczach ukryta jest cała tajemnica.
Jesienią 2000 r. rozpoczęłam katechumenat, a 31 maja 2001 r. przyjęłam chrzest, bierzmowanie i przystąpiłam do Pierwszej Komunii św. Przyjęłam imiona Faustyna Teresa. To był najpiękniejszy dzień w moim życiu: w ciągu godziny otrzymałam trzy sakramenty! Sądziłam, że jak już będę ochrzczona, to wszystko będzie wspaniałe, a tymczasem dopiero teraz rozpoczęła się praca nad sobą. Ale to jest dobra praca.
Kiedy byłam pierwszy raz w Rzymie, miałam nadzieję, że wrócę do tego miasta jako katoliczka. Bóg wysłuchał mojej prośby i w drugą rocznicę przyjęcia chrztu pojechaliśmy pokazać Ojcu Świętemu i Kurii Rzymskiej film o św. Teresce. Papież mi pobłogosławił.
Modlę się, aby ludzie dowiedzieli się o Bożym miłosierdziu, o miłości, którą sama otrzymałam przez św. Faustynę i św. Tereskę. Chcę, aby ludzie znali Jezusa. Trzeba światu pokazać, że Kościół katolicki jest zbudowany na Chrystusie i na niczym innym. Natomiast św. Teresa od Dzieciątka Jezus jest dobrym przykładem dla współczesnych chrześcijan.”
Ech, zawsze zazdraszczam amerykańskim protestantom, że mogą nawrócić się na Wiarę Prawdziwą!
Ta scena, że ona siedzi, a wszyscy wokół wstają albo Klenczon, przypomniała mie analogiczne wspomnienie Scotta Hahna, któren też wybrał się do kościoła w masce misia Fazi. I też w tylnej ławie zasiadł. Siedzi tak i siedzi, a tu nagle czytanie ze Starego Testamentu. Potem psalm. "Łooo" powiada "kedyż u nasz tyle ST było, nu, nie pamiętam..." WTEM wszyscy wstają. "Co oni tak wstajo, pogięci jacyś?" A to się okazało, że wstali ażeby okazać szaconek Słowu Bożemu w Ewangelii. To dopiero się gupio zrobiło heretyku, że musiał do katoli pójść, ażeby szaconku do Biblii nałczyć się, tak.
W zasadzie Scotta Hahna polecam wszystko jak leci, gdyż to dobry herbatnik jest.
Ale zobaczcie, jakie to młode dziewcze miało wiedzę i jaką mądrość:
Z książek historycznych dowiedziałam się, że Ojcowie Kościoła byli ochrzczeni, byli przyjaciółmi Jezusa oraz że przyjmowali Komunię św. i czcili Matkę Bożą. Pamiętam dzień, w którym zdałam sobie sprawę, że wczesny Kościół był Kościołem katolickim.
John Henry Newman - Doktor Kościoła:
"Whatever be historical Christianity, it is not Protestantism. If ever there were a safe truth, it is this.”
"Jakiekolwiek jest historyczne chrześcijaństwo, to nie jest protestantyzm. Jeśli kiedykolwiek istniała bezpieczna prawda, to jest to ta."
Rocznik 1982, film z 2k4, konwersja nastąpiła wcześniej. Zresztą jej wek w kontekście opisywanych wydarzeń jest wyżej podawany. Jak sobie pomyślę o sobie w tym weku...
Jako osoba niebędąca katoliczką, początkowo nie do końca rozumiałam, jak wielką postacią była Teresa. Spotykając ludzi głęboko do niej oddanych, martwiłam się, że nie oddam jej sprawiedliwości. Denerwowały mnie sceny choroby i śmierci.
Ale scena śmierci była ostatecznie największą radością z kręcenia. Wszyscy na planie znieruchomieli i skupili się. Leonardo i Patti mieli relikwię św. Teresy przyczepioną do spodu prześcieradła na moim łożu śmierci, żebym mogła ją mieć przy sobie. Ponieważ scenariusz został zmieniony, nie znałam wszystkich kwestii na pamięć. Mimo to słowa były na moich ustach, kiedy ich potrzebowałam. Cała scena choroby i śmierci była przepełniona łaską dla wszystkich zaangażowanych i wywarła na mnie trwały wpływ.
Po nakręceniu filmu "Thérèse" studiowałam teatr i film, uzyskując tytuł licencjata i magistra. Poślubiłam mojego najlepszego przyjaciela i poważnie rozważałam karierę aktorską. Kiedy urodziło się nasze drugie dziecko, chciałam poświęcić całą swoją energię i uwagę rodzinie.
Mam teraz siedmioro dzieci. „Mała Droga Teresy” była dla mnie ratującym życie przewodnikiem przez macierzyństwo. Pomogła mi odnaleźć radość i cel w pozornie zwyczajnych i bezsensownych codziennych czynnościach – ofiarowując je Jezusowi i traktując jako aktywną, żywą modlitwę.
Z trudem dostrzegałam w Bogu czułego, kochającego Ojca, który pragnie mojego dobra. Pokora Teresy była szczera właśnie dlatego, że wiedziała i wierzyła, że Bóg kocha ją całkowicie i absolutnie. Nie miała się czego obawiać, bo bez skrępowania poddała się woli czułego i kochającego Ojca. O takie zaufanie wciąż modlę się za jej wstawiennictwem.
Komentarz
A to poczemusz? Kiedysz bełę mniejszem Gnębąkiem widziełę Mesjegusz kturen wydryblał puł pszeszczeni na stadiumie. Od tegusz momętu kibicam jemusz iszby dryblał i szczelał jakosz wączas. Albowię paczełę na to zez lubościom. I gunwno obchadza mie jegusz gięba albosz światoobgląd i legularne uczemszczanie na Msze św.
Gdyby jedynym elementem sportu był wynik, to istotnie. Jeśli ktoś dostrzega tylko taki element, to nie wiem po co w ogóle oglądać sport (wystarczyłoby sprawdzenie końcowego wyniku), ale oczywiście nie zabronię.
Dalej nie rozumiesz, że my kibice narodowych reprezentacji siedząc przed tv i mocno trzymając kciuki za jedną reprą, albo mocno złorzecząc jednej repry, naprawdę mamy wiarę że mamy wpływ na końcowy wynik, że "rzucamy urok" przez ekran tv na tę reprę, na którą chcemy go rzucić. Bynajmniej nie z powodów czysto sportowych
Film robiony przez młodych ludzi, dzieci - moglibyśmy rzec, zdobył różne nagrody (po prawdzie nie mam pojęcia, jakiej one są wartości). Robiony przez wytwórnię: Our Lady of Mount Carmel - ale na ich stronie zobaczyłem, że to są dwie "wytwórnie": Mount Carmel Studios i Our Lady ;-)
Jeśli uważnie prześledzimy napisy, to zobaczymy, że dzieło stworzyło m.in. kilka rodzin - zapewne rodzeństwa Shields, Mauro, Barbaro, Quinn, Scelcedo,
Taki np. Brian Shields był: producentem, aktorem, kamerzystą, głównym wózkowym, statystą w szpitalu, a jeden z jego braci (a może to siostra - nie udało mi się odszukać) nosi imię Kolbe.
Jednym z głównych motywów muzycznych jest muzyka "utworzona" przez Our Lady of Guadalupe - muzyka powstała poprzez przełożenie układu gwiazd na płaszczu na nuty - historia ciekawa sama w sobie.
Wspaniały dzień (A Great Day) - półgodzinna krótkometrażówka.
Ciekawe rzeczy dzieją się w amerykańskich kinach. Wpływowy YouTuber tanio sfinansował, napisał, wyreżyserował i zagrał główną rolę w adaptacji horror-gry video, a ludzie przyszli do kin.
Hollywood mówi na takie dictum NIE.
Prosty, nieudziwniony, w starym stylu film biograficzny (fabularny) o św. Tereni.
Nie jest to arcydzieło według dzisiejszych kryteriów, ale na niedzielny poobiedni seans z rodziną nadaje się idealnie.
Co jednak znacznie ciekawsze, to osoba aktorki odtwarzającej rolę tytułową, która zagrała w życiu jedną rolę, po czym oddała się życiu rodzinnemu (ma sporą gromadkę dzieci). Wcześniej jeszcze nawróciła się z kwakierstwa na katolicyzm, w jeden dzień przyjęła 3 sakramenty. Zresztą przeczytajcie sami (również jakie imiona przyjęła na chrzcie). Bardzo piękna historia.
„Wychowałam się w bardzo religijnym domu. Podstawą wiary ewangelickiej, którą przyjęliśmy, była prostota serca, umysłu, modlitwa (zwłaszcza kontemplacyjna). W tym wyznaniu nie było miejsca na sakramenty, ani też na jakikolwiek autorytet i dlatego było mi trudno zaakceptować ten wymiar w Kościele katolickim. Nigdy jednak nie wątpiłam w Jezusa. W szkole średniej spotkałam się z wieloma katolikami. Wcześniej słyszałam o nich, że tak naprawdę nie praktykują swojej wiary, i że liczy się dla nich tylko rytuał. Pewien katolik powiedział mi jednak: Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś o mojej wierze, to przeczytaj katechizm. Tak też zrobiłam. Miałam zamiar udowodnić koledze, że się myli, że nie powinien być katolikiem. Jako protestantka żyłam w przeświadczeniu, że wiarę można znaleźć tylko w Biblii, dlatego wzięłam Pismo św. do ręki i zaczęłam je czytać od początku do końca. Podczas lektury zaznaczałam fragmenty, mówiące o chrzcie i Komunii św. Wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że w Biblii jest mowa o sakramentach, o chrzcie, o Ciele i Krwi Jezusa i zdałam sobie sprawę, że nie mogę dalej trwać w wyznaniu ewangelickim. Nie wiedziałam, dokąd się udać. Ciągle jednak nie chciałam być katoliczką. Miałam wtedy 16 lat, a rodzice nie mieli o niczym pojęcia. Czułam się zagubiona. Przez cały czas żarliwie się modliłam o doprowadzenie do właściwego miejsca. Z książek historycznych dowiedziałam się, że Ojcowie Kościoła byli ochrzczeni, byli przyjaciółmi Jezusa oraz że przyjmowali Komunię św. i czcili Matkę Bożą. Pamiętam dzień, w którym zdałam sobie sprawę, że wczesny Kościół był Kościołem katolickim. Byłam tym odkryciem bardzo podekscytowana, a jednocześnie bardzo mnie to przestraszyło. Nie wiedziałam, co z tym wszystkim zrobić.
Zaczęłam odwiedzać kościół katolicki. Kiedy poszłam po raz pierwszy na Mszę św., nie miałam pojęcia, jak się zachować. Wszyscy siedzieli, wstawali, klękali, a ja byłam jedyną osobą z Biblią w torbie, która siedziała przestraszona. Ale jak tylko wyszłam z kościoła, poczułam, że chcę tu wrócić. Teraz oczywiście wiem, że przyciągało mnie miejsce, gdzie Ciało Chrystusa jest rzeczywiście obecne.
Jednego dnia modliłam się w ciszy serca w kościele. Nagle usłyszałam słowa: Jestem tutaj. Ten głos był tak donośny, że aż spojrzałam w górę i dookoła siebie, ale nikogo nie zauważyłam. Znów zaczęłam się modlić, ale po chwili usłyszałam ten sam głos po raz drugi i trzeci. Wiedziałam, że to Jezus, który dawał mi pokój. Mówił, że mam otworzyć serce na wiarę katolicką, a przynajmniej przyznać, iż katolicy nie są takimi, jakimi ich postrzegałam. Te słowa – Jestem tutaj – oznaczały – Jestem w tabernakulum, Moja Krew i Ciało są tutaj, nie musisz nigdzie iść. To właśnie otworzyło moje serce na Kościół katolicki. Ale ciągle zachowywałam się, jak w pewnej scenie z dzieciństwa. Mieszkaliśmy wtedy na bardzo małej ulicy i tylko sporadycznie przejeżdżały przez nią samochody. Kiedy miałam sześć lat, poszłam z trzyletnim bratem karmić kaczki do farmy naprzeciwko naszego domu. Na filmie video, który tego dnia nakręcił tato, można zobaczyć mojego brata, jak przebiega przez ulicę. Potem widać moją głowę obracającą się nerwowo to w prawą, to w lewą stronę. Droga była pusta, a jednak bałam się przejść na drugą stronę. I tak właśnie wyglądało moje życie. Pan Bóg mówił do mnie: Mam dla ciebie małą ścieżkę, po prostu wejdź na nią. Ale ja się bałam, bo chciałam się upewnić, czy to jest właściwa droga.
Kiedy miałam 17 lat pojechałam do Europy. W Rzymie zrozumiałam, że Kościół katolicki ma coś, czego inne Kościoły nie mają: historię, teologię, duchowość, bogactwo. Wracając do domu, zdałam sobie sprawę, że muszę zostać katoliczką. Nikomu o tym nie mówiłam, ale w sercu już byłam tego pewna. Poznałam wtedy pierwszą świętą – św. Faustynę. Mniej więcej w czasie, kiedy została ona ogłoszona błogosławioną, oglądałam film o niej. Byłam pod wielkim wrażeniem świętości tej siostry, jej bliskości z Bogiem. Słyszałam, że w pewnym momencie swego życia modliła się do Matki Bożej. Pomyślałam, że jak osoba święta modli się do Maryi, to coś to znaczy. Postanowiłam odmawiać różaniec, ale nie wiedziałam, jak to się robi, ani gdzie znaleźć informacje na ten temat. W końcu pomyślałam o… Internecie. Wpisałam w jedną z „wyszukiwarek” pytanie: Jak odmawiać różaniec? Szczęśliwie otrzymałam linki do wielu stron. Tak więc z elektronicznym Ave Maria w tle, zaczęłam się modlić na różańcu. Pamiętam jak bardzo się bałam, że do pokoju wejdzie któreś z rodziców, ale tak się nie stało. W ostatniej klasie szkoły średniej powiedziałam w domu, że chcę zostać katoliczką. Rodzice byli tym bardzo zasmuceni.
Chodziłam codziennie do kościoła, mimo iż zabraniano mi tego. I choć nie mogłam przyjmować Komunii św., to jednak cieszyłam się, że mogę być blisko Najświętszego Sakramentu.
Pewnego dnia przy kościele stało mnóstwo samochodów policyjnych i karetek. Byłam pewna, że ktoś umarł. Zapytałam kogoś na parkingu, co się stało. Okazało się, że przyjechały relikwie św. Tereski od Dzieciątka Jezus. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, kim była św. Tereska, a same relikwie mnie przestraszyły. Mimo to weszłam do kościoła. Dziś wiem, że Ona tego chciała. Stanęłam na końcu kościoła, koło starszego pana, który zauważył, że nie miałam pojęcia, jak się zachować, więc wszystko mi wyjaśnił. Pan nazywał się Concepción [z hiszp. Poczęcie] na cześć Niepokalanie Poczętej. Teraz widzę, że Maryja prowadziła mnie przez cały czas. Podczas Mszy św. adorowałam relikwie. Bałam się, że kamery telewizyjne mnie wychwycą i pojawię się w wiadomościach, a nie chciałam, aby rodzice się o tym dowiedzieli. Nie pokazano mnie jednak w telewizji – widocznie Jezus zaplanował mój debiut filmowy na później.
Kiedy rozpoczęłam college, wątpiłam, czy można być aktorką jednocześnie będąc chrześcijanką. Sprawy wiary odłożyłam więc na dalszy plan. Realizowałam jednak później przedstawienie o Jezusie w oczach kobiet: Maryi, Marii, Marty… Właśnie wtedy ktoś z widowni powiedział mi, że będzie nagrywany film o św. Teresce. Choć ciągle nie wiedziałam, kim ona była, poszłam na casting.
Jak tylko otrzymałam tę rolę, kupiłam wszystkie dostępne książki na temat Małej Teresy. Święta miała duży wpływ na moje życie, przez cały czas dotykała mnie i zmieniała. To nie była tylko rola, to było nawrócenie. Św. Teresa ma bowiem taką moc oddziaływania na ludzi, że niemożliwością jest pozostać obojętnym na jej miłość. Wiele osób podziwiało św. Teresę ze względu na to, jak kochała. Kiedy dotykała kogoś, ten czuł się tak, jakby dotykał go sam Jezus. Św. Teresa wiele nie robiła – ona po prostu kochała. To jest to, do czego wszyscy jesteśmy powołani: powołani do miłości. Tego chce od nas Bóg. I to właśnie tłumaczy, czym jest bycie malutkim: być kochanym przez Jezusa i samemu kochać innych tą miłością. W małych, zwyczajnych rzeczach ukryta jest cała tajemnica.
Jesienią 2000 r. rozpoczęłam katechumenat, a 31 maja 2001 r. przyjęłam chrzest, bierzmowanie i przystąpiłam do Pierwszej Komunii św. Przyjęłam imiona Faustyna Teresa. To był najpiękniejszy dzień w moim życiu: w ciągu godziny otrzymałam trzy sakramenty! Sądziłam, że jak już będę ochrzczona, to wszystko będzie wspaniałe, a tymczasem dopiero teraz rozpoczęła się praca nad sobą. Ale to jest dobra praca.
Kiedy byłam pierwszy raz w Rzymie, miałam nadzieję, że wrócę do tego miasta jako katoliczka. Bóg wysłuchał mojej prośby i w drugą rocznicę przyjęcia chrztu pojechaliśmy pokazać Ojcu Świętemu i Kurii Rzymskiej film o św. Teresce. Papież mi pobłogosławił.
Modlę się, aby ludzie dowiedzieli się o Bożym miłosierdziu, o miłości, którą sama otrzymałam przez św. Faustynę i św. Tereskę. Chcę, aby ludzie znali Jezusa. Trzeba światu pokazać, że Kościół katolicki jest zbudowany na Chrystusie i na niczym innym. Natomiast św. Teresa od Dzieciątka Jezus jest dobrym przykładem dla współczesnych chrześcijan.”
Ech, zawsze zazdraszczam amerykańskim protestantom, że mogą nawrócić się na Wiarę Prawdziwą!
Ta scena, że ona siedzi, a wszyscy wokół wstają albo Klenczon, przypomniała mie analogiczne wspomnienie Scotta Hahna, któren też wybrał się do kościoła w masce misia Fazi. I też w tylnej ławie zasiadł. Siedzi tak i siedzi, a tu nagle czytanie ze Starego Testamentu. Potem psalm. "Łooo" powiada "kedyż u nasz tyle ST było, nu, nie pamiętam..." WTEM wszyscy wstają. "Co oni tak wstajo, pogięci jacyś?" A to się okazało, że wstali ażeby okazać szaconek Słowu Bożemu w Ewangelii. To dopiero się gupio zrobiło heretyku, że musiał do katoli pójść, ażeby szaconku do Biblii nałczyć się, tak.
W zasadzie Scotta Hahna polecam wszystko jak leci, gdyż to dobry herbatnik jest.
Ale zobaczcie, jakie to młode dziewcze miało wiedzę i jaką mądrość:
John Henry Newman - Doktor Kościoła:
"Whatever be historical Christianity, it is not Protestantism. If ever there were a safe truth, it is this.”
"Jakiekolwiek jest historyczne chrześcijaństwo, to nie jest protestantyzm. Jeśli kiedykolwiek istniała bezpieczna prawda, to jest to ta."
Gwoli formalności: pani nazywa się Lindsay Younce, rocznik 1982.
Świecka Kanada mocno nad nią pracowała, lecz nie dała rady 👍
Rocznik 1982, film z 2k4, konwersja nastąpiła wcześniej. Zresztą jej wek w kontekście opisywanych wydarzeń jest wyżej podawany. Jak sobie pomyślę o sobie w tym weku...
„To be deep in history is to cease to be a Protestant”
(„Zanurzenie się w historii oznacza przestać być protestantem”).
Ściślej: nazywała, gdyż teraz ma nazwisko po mężu.
Jako osoba niebędąca katoliczką, początkowo nie do końca rozumiałam, jak wielką postacią była Teresa. Spotykając ludzi głęboko do niej oddanych, martwiłam się, że nie oddam jej sprawiedliwości. Denerwowały mnie sceny choroby i śmierci.
Ale scena śmierci była ostatecznie największą radością z kręcenia. Wszyscy na planie znieruchomieli i skupili się. Leonardo i Patti mieli relikwię św. Teresy przyczepioną do spodu prześcieradła na moim łożu śmierci, żebym mogła ją mieć przy sobie. Ponieważ scenariusz został zmieniony, nie znałam wszystkich kwestii na pamięć. Mimo to słowa były na moich ustach, kiedy ich potrzebowałam. Cała scena choroby i śmierci była przepełniona łaską dla wszystkich zaangażowanych i wywarła na mnie trwały wpływ.
Po nakręceniu filmu "Thérèse" studiowałam teatr i film, uzyskując tytuł licencjata i magistra. Poślubiłam mojego najlepszego przyjaciela i poważnie rozważałam karierę aktorską. Kiedy urodziło się nasze drugie dziecko, chciałam poświęcić całą swoją energię i uwagę rodzinie.
Mam teraz siedmioro dzieci. „Mała Droga Teresy” była dla mnie ratującym życie przewodnikiem przez macierzyństwo. Pomogła mi odnaleźć radość i cel w pozornie zwyczajnych i bezsensownych codziennych czynnościach – ofiarowując je Jezusowi i traktując jako aktywną, żywą modlitwę.
Z trudem dostrzegałam w Bogu czułego, kochającego Ojca, który pragnie mojego dobra. Pokora Teresy była szczera właśnie dlatego, że wiedziała i wierzyła, że Bóg kocha ją całkowicie i absolutnie. Nie miała się czego obawiać, bo bez skrępowania poddała się woli czułego i kochającego Ojca. O takie zaufanie wciąż modlę się za jej wstawiennictwem.
Obejrzałam film i uważam, że główna rola jest zagrana świetnie, a scena śmierci - przejmująca.
To na dokładkę godzinny wywiad z Lindsay - bardzo pouczający. Otóż (m.in.) heretycy uczą swoje dzieci, że katolicy są niemcami.