Zachciało mi się prozy noblowskiej...
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.
Forum przyjaciół niegdysiejszego Forum Frondy. Tam się poznaliśmy!
Komentarze
Na początek konterfekt ałtora:
Cóż tam Łajka szczeka o wilku? Kurwens, jak to ładnie brzmi, że Harry podejmuje z Janem Wilkołazem dyalog na planie onirycznym. Ja to bym napisał prosto, że mu się Gete przyśnił. No ale nic to.
Problemat tej powieści doskonale widać w łajkowym opisie dziełka. No, nic z tego opisu nie wynika i należy szykować się na tęgie sranje vbanje, co też ma miejsce.
Znacie aby streszczenie "Zbrodni Ikara" Tołstojewskiego? (Student morduje lichwiarkę, ale wymięka w śledztwie i idzie siedzieć.) No tu jest to samo: Najlepszym lekiem na depresję jest zapoznać miłą kurtyzanę albo i dwie, a najlepiej pukać za młodu koleżanki z liceum. Pomaga też wciągnięcie nosem proszku z pudełeczka.
Oprócz tego wywody z mniemanologii-antropologii.
Wszystko napisane w cudnie piękny sposób. Sam bym serio serio nie umiał tak zdań poskładać, a potem poukładać. Giesse mistrz! Warto przeczytać.
Fajoska jest intryga, kolo łazi po mieście i ma różne tam obserwacje i wogle niedopasowany jest, no ale spotkanie z kurtyzaną osładza mu żywot, a potem jeszcze ma przygody, chyba raczej zmyślone, jakby mu kto kinematograf w głowiznę wstawił, dziś powiedzielibyśmy full immersion haptic VR.
Natomiast słabizną ciągnie warstwa głębsza, ambitniejsza, ta dla jajcogłowych. No, pedzmy se, ta książka to wogle jest dla jajogłowych, bo momenty opisane są bardzo zdawkowo, a strzelaniny zajmują tak z pięć stron całości.
Jakoś takoś, kto za młodu nawąchał się staroświeckiej fizolofii, a co gorsza uznał wszystkie te systematy za prawdziwe, to straszną trudnoś ma w przyswajaniu XIX- i XX-wiecznych bredni, ba dotyczy to także bredni XVIII-wiecznych.
Z tejże samej przyczyny zdechłem przy "Czarodziejskiej Górze" Tomasza Człowieka. Jest w niej owszem sporo pięknych obrazków, humoresek a opowiadań, ale istotną treścią są brednie dwóch wariatów, którzy niby to przekonują protagonistę o jeich słuszności.
Albo taki "Rękopis znaleziony w Saragossie". No, fajne przygody są, są walki i momenty, ale na koniec się okazuje że to wszystko ściema i commoedia, a najważniejsze to te smęty, co to różni bohaterowie ględzą. Czytaliśmy to niechętnie, z przelatywaniem całych akapitów, a tu wtem! okazało się, że to właśnie było alter ego, najważniesze co się da, że pod płaszczykiem i szpadą ałtor przemycał swoje jakże odważne poglądy, zieeeew!
Wysszość "Buddenbrooków" nad "Górą czarodziejską" podlega na tem, że w "B" nikt nie ględzi. Tam myśl ałtora wyraża się w przygodach bohaterów, którzy ciągnięci ręką lalkarza zmierzają ku nieubłaganej zagładzie, i to fajoskie jest.
Tak trzeba żyć, pisarze! Jak już machacie powieść tendencyną, to to się musi samo dziać, a nie poprzez tłomaczenie czytelnikowi, jak komu dobremu. Ten Giesse, wyobraźcież sobie, ażeby łacniej wyłożyć swoją filozofię antropologii, to wrzuca do środka powieści całą broszurkę o fizolofii antropologii. Na szczęście jest ona kurwysą, więc można pominąć bez nijakiej straty dla akcji. Ba, kolo nawet wiersze wpisuje w powieść, jakby to był sztambuch! Też można je pominąć, analogicznie jak w Dzienniczku siostry Faustyny.
No ale taki Bułgakow pisał ze 200 lat po Potockim i już wiedział, że w książkach wolno zmyślać, w sensie że jak się pisze powieść, to pewne rzeczy nie muszą być ściśle prawdziwe. Szkoda że Mickiewicz o tem nie wiedział. Gdyby nie pękał jak frajerszczak i nie spalił całego rękopisu, to dziś chodziłby w sławie prekursora science-fiction, a tak? Jakieś tam eee tam dla jajcogłowych.
1ooo a jedna notz?
Tyle czasu jeszcze znajdę
A wiecie, że mój ólóbiony blogier też czytał Sztepenłulfa? Urzekł mnie on swoją metanarracją:
Czytana dziś, książka szokuje naiwnością. Pisana w 1926, dzieje się w nieokreślonym czasie w niesprecyzowanym niemieckojęzycznym mieście (krajem rządzi cesarz, nie jest to więc republika weimarska).
Pierwszym narratorem jest facet, od którego ciotki Wilk Stepowy wynajmował mieszkanie i zafascynował go ten milczący, mądry, przystojny sąsiad (te zachwyty są jak z taniego romansidła). Pewnego dnia Wilk zniknął bez śladu, ale zostawił po sobie rękopis, który okazuje się właściwą książką.
Z rękopisu wynika, że Wilk Stepowy bardzo nie lubił swojego społeczeństwa. Miał mu za złe między innymi militaryzm, ale Wilk nie jest pacyfistą – ogólnie nie ma pozytywnego programu, zrzędzi dla samego zrzędzenia.
Z zawodu Wilk Stepowy nie zajmuje się niczym. Gdzieś tam machinalnie wyjaśnia, że odziedziczył papiery wartościowe i żyje z dywidendy.
Pierwszy narrator (sąsiad), pracuje w jakimś biurze. Wilk zdążył mu wyznać, że nie lubi wszelkich miejsc pracy, co sąsiad przyjmuje z zachwytem, a ja z myślą, że nienawidzę takich uprzywilejowanych fjutków, co to nawet nie widzą związku między wyklinanym militaryzmem, a ową dywidendą.
Wilk przypadkiem trafia do tancbudy działającej też jako nieformalny burdel. Poznaje tam fordanserkę Herminę, czasem występującą w męskim stroju jako Hermann.
Ta androgyniczność bardzo kręci Wilka, ale Hermina podsuwa mu inną prostytutkę, Marię. Wilk przeżywa z nią najwspanialszy seks życia dzięki stosowanym przez nią „miłosnym sztuczkom”. Niestety, autor ich nie opisuje bliżej.
Wilk wchodzi z Marią w typowy układ sponsorski. Wynajmuje jej mieszkanie żeby było blisko, obsypuje ją kosztownymi prezentami.
Tymczasem Hermina poznaje go z szefem jazzbandu w tancbudzie, który wydaje się także stać na czele mniej legalnych biznesów w tym lokalu. Pablo uczy Wilka słuchać jazzu oraz częstuje go narkotykami z własnej dilerki.
Wilk już ma problem alkoholowy (z jego własnej narracji wynika, że potrzebuje co najmniej dwóch butelek wina dziennie), kolejne uzależnienie wciąga go oczywiście jeszcze bardziej. Kulminacją jest wielki bal maskowy w tancbudzie, podczas którego bohater już totalnie odlatuje.
Jest tak napruty, że przestaje odróżniać rzeczywistość od halucynacji. Narracja zostawia czytelnika w niepewności: Hermina być może poprosiła Wilka, żeby ją zabił. On być może to zrobił. Ale może to wszystko było tylko złym odlotem.
Jazzowa historia z proto-psychodeliczną puentą pasowała do epoki „seksu, dragów i rokendrola”. Dziś jednak trudno traktować serio przesłanie, że płatny chemseks to droga do wyzwolenia.
Dziś raczej wysłalibyśmy Wilka Stepowego na terapię. Majątek na razie pozwala mu „wysoko funkcjonować”, ale widzieliśmy nie takie fortuny przepuszczone na wódę, koks i „fordanserki”.
Na stare lata coraz częściej dochodzę do wniosku, że z poszczególnych faz popkultury próbę czasu najlepiej jednak zniosło disco.
https://ekskursje.pl/2023/08/he-was-a-steppenwolf/
Nigdy nie byłem w stanie zrozumieć o co biega Hessemu. Sztepenwolf to małe miki, spróbuj Grę Szklanych Paciorków.
Najważniejsze żeby płacił podatki i zbierał psie kupy.
Jeśli wszyscy są dzicy, to nikt nie jest dziki.
A dziki to taki nieudomowiony, nieoswojony, nieprzewidywalny, nieufny.
To o Wilku Stepowym?
W pewnym sensie. Róbta co chceta, ale zbierajcie psie kupy.
Ech, doczytałem jak zmarł biedactwo Stasiek Ślimak i jakże mi się smutno zrobiło.
Czy tylko mnie się zdaje, że to dość dokładnie ta sama postać co Hanno Buddenbrook?
Grudzień 2023
→Jako że konwertyta z luteranizmu na katolicyzm, to tu również
•••
→W każdym razie - noblista będzie przemilczany w Polsce totalnej (za chwilę i tvp i pr przejdą w ręce Grupy Trzymającej Władzę).