PiS rozpieprza polską gospodarkę
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.
Forum przyjaciół niegdysiejszego Forum Frondy. Tam się poznaliśmy!
Komentarze
Co jest lepsze od spowiedzi/komunii raz w roku? Raz na miesiąc.
Oczywiście lepszy będzie 2 razy w miesiącu żeby dojść do codziennego rachunku i codziennej Mszy świętej w stylu communicantes.
Jest nasza wiara niesamowicie nastawiona na doskonalenie się w towarzystwie samego Boga, na zarządzanie talentami i bardzo surową acz i miłosierną perspektywą Sądu czyli rozrachunku.
Jacy mamy być w tym zarządzaniu i doskonaleniu? Bezwzględni. I skuteczni.
Nasz Pan kładzie nacisk na skuteczność czy to w relacji z nim (Zaufaj Mi i dojdziesz to perfekcji) czy z drugim człowiekiem (dbanie o drugiego oceniane przez konsekwentna pomoc i stawianie wymagań ewangelicznych) czy wreszcie z samym sobą (cud w Kanie Galilejskiej - służący musieli bezwzględnie wykonać polecenie napełnienia stagwi wodą co było bardzo męczące i wręcz szalone ale wykonywali Bożą wolę).
Do tego Amerykanie wiedzą, co napisać, żeby nie było ani za mało, ani za dużo. Okropnie spodobało mi się podejście Bezosa do tego: przed spotkaniem trzeba przygotować 6 stron napisanego czytelną prozą dokumentu. Nie jakieś tabelki i wykresy bez podania kontekstu, ale też nie ściąganie do salki konferencyjnej ludzi z łapanki.
Ogólnie dużo pary idzie w to, żeby druga strona zrozumiała sedno zagadnienia. Czy to ogólne cele jakiegoś projektu, czy rdzeń jakiegoś problemu, czy tło historyczne wyjaśniające, dlaczego coś jest z pozoru tak dziwaczne. No i potem taki pracownik ma szansę na własną rękę coś zdziałać w dobrym kierunku. Ale inna sprawa, że Polak, który taką pomoc dostał, sam po sobie takiej nie zostawi...
Może wynika to z tego, że im się nie chce męczyć z angielskim, ale nie wydaje mi się.
Poza tym świętość to nie jest doskonałość
Uporczywe pragnienie samorozwoju i mierzalnych osiągnięć prowadzące do "optymalizacji" własnego życia w duchu produktywności nie jest prawowierno-chrześcijańskke (ma to cechy tzw. Prosperity Church).
Nasz Pan jest wymagający i oczekuje dobrych wyników.
Oczekiwał ich od patriarchów, proroków, Narodu wybranego. Pierwszym krokiem było zawierzenie Jemu. Potem przyszło słowo i konieczność skutecznej realizacji.
Nowy Testament przyniósł Pocieszyciela, którego dary wymagają przede wszystkim działania i są przeznaczone do realizacji rozpoznawanej woli Bożej jak również jej rozpoznawania.
Duch Święty nie tkwi w bezruchu. Jest wręcz samym działaniem.
Więc módlmy się jakby wszystko zależało od Pana ale pracujmy tak jakby zależało od nas. Czyli nie tracąc z oczu skuteczności
Dla mnie jest to problem. Bo w pewnym momencie docisnąłem sobie mocno upgrejd czaszki. Naprawdę można się zmienić. Tylko co mi po tym ? Czy koniec końców, naprawę da się zapomnieć że jestem skorpionem i tej żaby nie dziabnąć ? No i pytanie, czy ja to jeszcze ja ? I tam takie.
Ramowy plan tak, a chirurgiczna precyzja - co też podkreślał Stanisław Barańczak - niekoniecznie. Życie jest zbyt złożone by wszystko zaplanować, ale wiele da się.
- Fault tolerance rozwiązuje wasze dylematy,
- u anglosasów jesteś dobry tak długo, jak potrafisz sprawnie rozwiązać problemy (np. poprzez ich zakomunikowanie), które wykryłeś lub nawet wygenerowałeś,
- a smodoskonalenie jest bardzo chrześcijańskie (zresztą z niego się wywodzi), o ile jest środkiem, a nie celem,
- trend boczny, nawet lekko opadający, po okresie intensywnego wzrostu jest, nie tylko spodziewany, a wręcz oczekiwany,
to tak w zarysie, bo życie to rodzaj maratonu z elementami sprintu, wspinaczki i pływania. Zapominamy tylko, co jest naszym celem i kim jesteśmy.
Co do gospodarki, to przyjęcie 2 mln imigrantów w ciągu 2 miesięcy, pokazuje jak silne jest nasze społeczeństwo, to mityczne państwo z dykty oraz jego gospodarka.
W perspektywie z Bogiem nie ma tego problemu, bo sprawy rozwojowe/doskonaleniowe znajdują się we właściwym miejscu, zdefiniowane są cele.
Wszystko jest choćby u J.M.Escrivy, albo pośrednio u Tomasza Kempisa.
Wierzę, że bez tego faktycznie można ześwirować. Ile można gonić w niekończącym się procesie, który nie kończy się głównie dlatego, żeby nie było chwili na podsumowanie i zauważenie, że to może bez sensu?
Jest jeszcze jedno, co Covey nazywa "first thigs first". Niestety mam z tym problem - np z porzuceniem raz rozpoczętej, ale niespecjalnie ważnej rzeczy, na rzecz tej pilnej i ważnej. Psychika się buntuje - praca wymusza co prawda, ale jeśli nie wymusza (w sensie: jeśli to coś prywatnego), to wolę dokończyć coś niespecjalnie ważnego (jeśli już zacząłem) kosztem czegoś ważniejszego.
Głupie to, no ale tak mam. Acz z tym walczę.
Z mojej klasy w podstawówce nikt nie ma więcej niż 2 dzieci, jeden kolega ale z dwiema żonami więc się nie liczy. Z ogólniaka - jeden, no i jak wszystko dobrze pójdzie my za miesiąc.
Poczułem się jak heros.
Trójka i brat też trójka .