Jeśli chodzi "pronunciation nazis" to zawsze przodują w tym dzieciaki poprawiające swoich staroświeckich, zacofanych rodziców. Ja jako stary zgrywus od zawsze mówiłem cellephone zamiast cellphone, czym niemożebnie wkurzałem swoje córki. "Dad, it's a cellphone, CELLPHONE! Get it?"
U nasz w bibliotece prawie każdą książkę można wypożyczyć w dwóch formatach: drukowaną zwykłą czcionką albo z dużym drukiem, który chroni wzrok i ułatwia czytanie osobom słabowidzącym. Są to "large print books".
Kulminacja wkurwu "pronunciation nazis" nastąpiła gdy bodajże w 2010 wypuszczono pierwsze iPady czy insze tablety. Od razu nazwałem toto "large print cellephone". Córki dostawały szewskiej pasji. Oba określenia używam do dziś ale teraz się z tego śmiejemy!
Pod koniec czerwca córka, zawadzając jeszcze o Grecję, gdzie spędziła kilka dni pojechała do domu. No cusz poradzić, CHWDP - Chętni Wracają Do Pracy - a ja z Tereską polecieliśmy na Filipiny. Podróż zajęła nam ponad 24 godziny z przesiadkami ale daliśmy radę. U teściów to dopiero zaczęła się rewia gastronomiczno - kulinarna. Oni tam wszystko mają swoje, organiczne, od ryżu zaczynając, przez warzywa, owoce, kurczaki, prosiaki a na cielęcinie kończąc. Ryby, kraby, krewetki codzień z rana od rybaków powracających z połowów, prosto z łódek można za niską cenę kupić. Teściu zara kazał wieprzka zaszlachtować, że przez cały pobyt wyżerka dla wszystkich była. A imprezy były codziennie bo rodzinka duża i mnóstwo znajomych. Na samym początku przeznaczyłem pokaźną sumkę na żarcie i wygłosiłem żonie niezapomnianą sentencję: ''To ty się zajmij wszystkim, a ja resztą, hehe''. Kucharek ci u nich dostatek bo szwagierek we wsi z 10 a siostrzenic tyle, że nie zliczysz, większość na wydaniu, a każda chętna do pomocy i umie gotować to popisać się chciały. Żona z matką tylko doglądały i dyrygowały kuchnią. Kupiliśmy tyż szybkowar, żeby różne warzywa, niektóre mięsa, gulasze i sosy robić ekspresowo, bo w szybkowarze czas płynie szybciej, kapujecie! Moim zadaniem było dopilnowywać żeby piwa, wódki, rumu i popitki nigdy nie zabrakło. Nastawiałem też codziennie lód w zamrażarce.
Jedną z filipińskich ciekawostek okołokulinarnych jest to, że oni w ogóle nie jedzą sałatek. Większość potraw jest przygotowana w ten sposób że mają postać płynną jak sos czy gulasz i podawane są z ryżem lub od razu nakładane bezpośrednio na ryż. Wyjątkiem jest na przykład makaron, ryby, mięsa grillowane i pieczone przeważnie na ogniu a nie na patelni, ale niestety tyż bez sałatek. Bardzo mi tego brakowało i żona dla mnie robiła na boku jakąś suróweczkę lub inną zieleninę, choćby pomidor z cebulką albo surowy ogórek z solą i pieprzem. Nie jedzą sałatek ale swoją porcję witamin inkasują wraz z warzywami, które są w każdej potrawie i oczywiście z owoców, których jest pod dostatkiem.
A jeden gostek co piwo ludziom dostarczał skrzynkami i zabierał puste butelki to taką fajną koszulkę miał, śmieszno - faszystowską, że znaczek Adidasa był tak poprzestawiany, że te większe kreski ułożone były jak fryzur w ząbek czesanego Hitlerka a ta najmniejsza kreska wyglądała jak wąsik. A pod spodem był napis ''adi does", hehe. Czekałem tylko żeby mu komórka zadzwoniła bo chciałem się przekonać czy aby jako dzwonka nie zainstalował se hymnu III Rzeszy, ale nieee, jak raz zadzwoniło to się okazało, że miał ściągnięte Yakety Sax. Jak telefon odpalił nutę na cały zycher to kury zaczęły kogutów po podwórku ganiać.
Pod koniec miałem zajebistą historię. Byliśmy na takiej dennej imprezie u kuzynki żony w miasteczku i tam poznałem takiego jednego Filipińczyka i on mówił, że ma polskie korzenie, hehe. Tak powiedział: "Polish roots". A że nie wyglądał to ja na to "Eee, cheba cuś mnie ściemniasz." Na dowód wyciągnął jakąś legitkę i mi pokazuje. Faktycznie, jego zdjęcie i pisze: Gutek Fidel Sarmiento Natividad. Mimo, że tylko ciepły rum z colą waliliśmy i kiepskie browary, dobrze mi się z nim melanżowało, to i zaciekawił mnie ten Gutek. A on: "Ziom, drętwo tutej, cho idziemy do baru i koniecznie bierzemy po shocie polskiej wódki, to ci wszystko opowiem. Postawisz mi, co nie?" "No spoko". Kobitki nie chciały iść bo zajęte były babskimi plotkami. Bar był za rogiem ale polskiej wódki niestety nie mieli. Za to barman, niski nawet jak na Filipińczyka, ledwo wystajcy zza szynkwasu ale znający się na rzeczy zaproponował nam Danzka Fifty. Jak sama nazwa wskazuje gorzała była duńska, 50-cio procentowa. Stanął na jakiejś skrzynce i fachowo polał nam dwa podwójne. Po jednym strzale Gutka aż zgięło, ale mówi, że jeszcze po jednym, no to za ruską marynarkę i do dna, hehe. Typson złożył się jak harmonijka, że jeszcze musiałem mu popitkę kupić bo zielony się zrobił i myślałem, że pawia na mnie rzuci. Młodzian, to i nie zwyczajny bo odpowiedniej praktyki nie zaposiadywał. Doszedł do siebie i mówi: "O kuuuu*wa, człowieku! Musiałem się napić tej waszej wódy, żeby skumać co się stało z moim starym". --??? "Wiesz, ja urodziłem się w 1995 w Davao City, a Davao to centrum filipińskiego katolicyzmu. Nawet mówi się Manila pracuje, Cebu się bawi, a Davao się modli i moja matka, bardzo wierząca kobieta, chciała mnie koniecznie nazwać Juan Pablo, bo wtedy wasz wspaniały papież przyjechał na Filipiny na pielgrzymkę. Mój stary miał mnie zarejestrować w urzędzie następnego dnia, ale kiedy się przypucował polskim inżynierom, którzy akurat byli w jego zakładzie w delegacji, że urodził mu się syn, to od razu typy wyciągnęły polską wódę i spili mi starego w trupa. Ojciec tyle razy opowiadał tę historię, że nawet pamiętam jak się nazywali: Gutek, Bodzio i Poziomka". (to chyba ksywki musiały być) "Następnego dnia w urzędzie stary był jeszcze tak przymulony, że zapomniał jak mam mieć na imię, siedzi przed jakimś skrybą i nie pamięta. W końcu patrzy błędnymi oczami na portret na ścianie a tam był prezydent Filipin Fidel Ramos i mówi do urzędasa: pisz pan Gutek, Fidel. I wuj, mam to z głowy!"
"Stara się do mojego ojca nie odzywała z miesiąc, ale imię jakoś się przyjęło. No rozumisz, musiałem skumać, o co chodzi z tą waszą wódą, że tak sieka beret i teraz już wiem!"
Do dzisiej nie jestem pewny czy to prawdziwa historia, czy kolo tak se wymyślił, żeby z każdym spotkanym Polakiem napić się na krzywy ryj, ale warto było, hehe.
Kuniec.
Filipińskie frykasy - moje ulubione:
1. Wieprzowina z warzywami
2. Grilowany Lucek na prawdziwym ogniu czyli Grilled Snapper
3. Pansit Bihon - kluski ryżowe z krewetkami, mięsem i warzywami
4. Beef Kare - Kare - wołowina w sosie z orzeszków ziemnych z bakłażanem, kapustą bok choy, fasolką szparagową i pastą z krewetek do smaku
5. Adobong Pusit czyli kałamarnica marnowana w atramencie własnem i w sosie z soi i octu z cebulą, czosnkiem, papryką i przyprawami.
6. Kurczak w liściu bananowem
Podobnej koszulki nie mogłem znaleźć, to machnąłem w Paincie.
1,4 i 6 bym z chęcią zszamał. 2 też ale te ślepia mnie odrzucają. 3 to pod przymusem ale pewien nie jestem, za to 5 to za żadne skarby bym nie spróbował.
Czy ja moge poprosić Mordechlaja by zorganizował przepis na Beef Kare, może być w ingliszu. Wyglada doskonale opis wskazuje, że smakować bedzie takoż. Proszę, proszę, proszę ....
Pani_Łyżeczka napisal(a): Czy ja moge poprosić Mordechlaja by zorganizował przepis na Beef Kare, może być w ingliszu. Wyglada doskonale opis wskazuje, że smakować bedzie takoż. Proszę, proszę, proszę ....
Proszę bardzo.
KARE - KARE
1kg wołowiny pokrojonej jak na gulasz
dwa bakłażany pokrojone ok. 7 cm i wzdłuż
jedna duża cebula pokrojona w kostkę
1/4 kg długiej fasolki (końce obciąć) pokroić na 7 cm
pęczek bok choy (dolny koniec obciąć)
3 liście laurowe
3 ząbki czosnku (rozgnieciony lub drobno posiekany)
10 ziaren pieprzu
4 łyżki oleju do smażenia
sól, pieprz do smaku
1 - 1 1/2 kostki bulionu wołowego
2 łyżki kleistego ryżu w proszku lub pół łyżeczki mąki kukurydzianej (corn starch) lub coś podobnego do zagęszczenia
250 ml masła orzechowego lub 250 ml prażonych orzeszków ziemnych ziemnych utłuczonych w moździerzu na pastę
2 łyżki sproszkowanego annato - to jest tylko po to aby nadać potrawie czerwonawy kolor. Ten składnik nie wpływa na smak kare-kare. Jednak kolor nie będzie taki jak na zdjęciu. Ogólny kolor gulaszu będzie zależał od ilości użytego proszku annato. 2 łyżki proszku annato, nadaje gulaszowi czerwony kolor. Można użyć mniej proszku annato, aby był mniej czerwonawy. Lub wcale. Wszystko zależy od preferencji.
duża łyżka pasty z krewetek lub 2 - 3 łyżki sosu rybnego. Tak na prawdę to nie polecam dodawać do potrawy bo nabiera smaku rybnego i strasznie śmierdzi. Na Filipinach dodają ale oni lubią. Można zepsuć całe danie. Dla Polaków lepiej jest albo podać na osobnym talerzyku lub całkiem to pominąć.
Podgrzej olej. Podsmaż cebulę i dodaj czosnek. Kontynuuj smażenie, aż cebula zmięknie. W dużym garnku gotuj powoli pod przykrywką wołowinę, liście laurowe, sól, pieprz, bulion aż mięso będzie miękkie ok. półtorej godziny. Można dodać trochę wody w czasie gotowania, jeśli jest taka potrzeba. Gdy mięso jest miękkie dodaj masło orzechowe lub pastę orzechową z moździerza, smażoną cebulę i czosnek, annato, zagęszczacz (ryż lub mąkę kukurydzianą, zasmażkę). Gotuj z 10 min. Dopraw solą i pieprzem do smaku. Od siebie dodam, że można dodać coś własnego do smaku w/g swoich preferencji. Na koniec dodaj fasolkę, bok choy i bakłażan i gotuj aż fasolka zaczyna być miękka ok. 5 min. Nie rozgotuj warzyw! Podawaj z ryżem i pastą z krewetek.
Ja w tym roku byłem tydzień w Okunince. 10m hotel od jeziora, koniec czerwca. Piękna pogoda. Poczytałem, popluskałem się. Tak sobie odpocząłem.
Potem w sierpniu dwa tygodnie. w tym 50% remont, 50% obijanko/nastawianie wina. Niby remont, a czułem się jakbym przez dwa miesiące nie był w pracy. Totalne wypoczęcie organizmu nastapiło.
Tak trochę przelotem byłem w tym roku w Licheniu. Myślałem, że aa duży kościół wybudowali, szybko zobaczę i pojadę.
Błąd.
Można przyjechać do Lichenia na cały dzień i na spokojnie oglądać wiele pięknych rzeczy. Polecam wszystkim. Załapałem się na mszę i tylko rzucenie okiem, żal było nie zostać, ale plan gonił.
Daję dwa zdjęcia na zachętę, nie za dużo, bo większą przyjemnością, jest odkrywać samemu
Pojechałem w tym roku na wycieczkę rowerową ze znajomym. Wypadało jakoś 10 dni. Startując z Suwałek -> Litwa -> Łotwa -> Estonia.
Rowerem z sakwami robiliśmy dziennie ze 100-120 km. Wyjątkiem był przed ostatni dzień gdy koledze rozsypał się rower. Było to w Estonii i posiłkowaliśmy się autobusem.
Pierwszym błędem było przyjęcie dużego dystansu dziennego. O ile asfaltem się jedzie wygodnie to, każdy najmniejszy problem w trasie czy też, bylejakość drogi której się nie przewidziało, komplikuje wyrobienie dziennej normy.
Mój finał tej wycieczki skończył się w szpitalu bo złapałem kleszczowe zapalenie mózgowe ( prawdopodobnie na Polskiej stronie ).
Na szczęście choroba uaktywniła się jak już byłem w Polsce. Obecnie niemal wróciłem do zdrowia ale dalej odbudowuje pełną fizyczną formę.
Krótko opiszę co widziałem, z tego co zobaczyłem, więcej mi się nie podobało niż podobało.
Najpiękniejsze widoki były na podlasiu. Mimo, że byłem tam najkrócej. Zdjęcie poniżej z podlasia.
Wraz z wjazdem na Litwe cała ta robiąca wrażenie przyroda, teren po stronie Polskiej, zostaje sprowadzona do płaskie pola i jakieś chaty. Litwa to jedna wielka wiocha. Jeżeli coś tam opanowali to budowę szutrowej drogi. Wielkie szutrowe drogi którymi nikt nie jeździ. Im szersza tym istotniejsza. Planując trasę często zaglądałem do fotek googla bo satelitarnie czasami ciężko było ocenić jakość drogi. Niestety, asfaltu to tam jest tyle co kot napłakał. Potem człowiek jechał parę km asfaltem i 10-20 km szutrem. Koszmar. Mają oni przynajmniej wiatki w swoich lasach więc szło po cichu się rozbić wieczorem, przenocować, rano wstać i się zwinąć. Tego na Litwie nie brakowało.
Bardzo mało sklepów. Jedyną osobą która znała angielski był jakiś żul pijący piwo w poniedziałek o 9 rano. Spotkaliśmy go przy garażach w jednym z nielicznych większych miast jakie mijaliśmy, mając problem z wyjazdem sam do nas zagadał pięknym angielskim z brytyjskim akcentem. Znajomy zaobserwował, że samochody które stały pod domami Litwinów były z tych droższych, ja się nie przyglądałem. Było też masę różnych takich wielkich zakładów w stanie totalnej ruiny, rudery. W czasie jednego z intensywniejszych deszczów zatrzymaliśmy się w jednym z takich miejsc.
Przekroczenie Niemna na Litwie też do najprzyjemniejszych nie należało. Płynęliśmy promem koło Vilkiji i do ostatniego momentu nie było do końca wiadomo czy ten prom w ogóle pływa. Co mogło znacznie utrudnić wycieczkę.
Odwiedziliśmy też Górę Krzyży na Litwie. Idea chyba miała być taka, że wszyscy się zjeżdżają i zostawiają różne krzyże. O ile brzmi to nawet ciekawie to sposób jak to miejsce jest prowadzone mnie odrzucił. Z daleka nawet się to ładnie prezentuje, podchodząc bliżej rzuca się w oczy, że jak się co przewróciło to tak zostawimy, w efekcie masa krzyży leży poprzewracana, albo rzucona zupełnie bez szacunku - takie miałem odczucia, z małych usypane stosy. Pomysł fajny ale wykonanie po litewsku, dobrze tego miejsca nie zapamiętałem.
Zanim przejdę do ostatniego znaleziska na Litwie... Jadąc po takim dzikim terenie pod miasteczkiem litewskim, napotkaliśmy swego rodzaju znajdźkę leśną. Wychodząc z miasta, leśną ścieżką dochodziło się po niedługim czasie na polanę, gdzie doprowadzono nawet lampę oświetleniową ( ! ). Duże połacie koszone, z ławami na środku umieszczonymi między kilkoma drzewami, które pozostawiono aby rosły. Kawałek dalej trzy kamienne kwadratowe kloce. Przedziwne miejsce. Pierwsze skojarzenie miałem, że to jakieś miejsce na gusła, ale to chyba niemożliwe.
Pod jednym z miast na Litwie, przy planowaniu trasy, znalazłem przeprawę przez rzekę, która bardzo upraszczała trasę. Konstrukcja którą zastaliśmy na miejscu, wręcz mnie zszokowała. Zamieszczam zdjęcia ( na jednym wymazałem mojego znajomego z którym wycieczkowałem ). Pracowałem kiedyś w firmie która stawiała stalowe konstrukcje, gdzie oszczędność prezesa powodowała partaczenie projektów, ale widok tej stalowej kładki przebił wszystko. Pod zdjęciami zamieszczam moje uwagi.
Już z daleka mi się to nie podobało i ustaliliśmy, że rowery przeprowadzimy oddzielnie, idąc wolno. Cała konstrukcja nawet przy delikatnym kroku wpadała w drgania i nią bujało. Dalsze oględziny były jeszcze bardziej alarmujące, strach było po tym chodzić. Konstrukcja co widać po zdjęciach wykonana została ze złomu. Już pierwsze zdjęcie ją w zasadzie dyskwalifikuje, gdzie widać, że spoina pękła po całej długości, nie dokumentowałem wszystkiego ale nie była to jedyna spoina która pękła, większość miała przynajmniej początek pęknięcia. Kwestia czasu, aż to się zawali. Odniosłem też wrażenie, że to wcale nie zostało tak dawno postawione. Jeżeli konstrukcja pracuje na zmęczenie, to spoiny pachwinowe są dopuszczalne jeżeli to lico jest rozciągane. Wykonanie spoin czołowych które lepiej pracują na zmęczenie, nie jest jakaś czarną magią i każdy spawacz spokojnie sobie z tym poradzi, kwestia zrobienia rowków etc. Ewentualnie czasami się oszlifowuje lico, zeszlifowuje grań i przetapia. Co pewnie w tego typu konstrukcji byłoby wskazane. Ponieważ zostawili szczelinę między spoinami, mimo, że obspawali prawie całość, oraz nie było widać otworów pod odpływ ocynku, zaś powierzchnia trochę jednak jakby szarawa była. Stąd zakładam, że nie było to cynkowane ogniowo/galwanicznie. Wtedy z tej szczeliny od kwasu ( przy kąpielach czyści się kwasem ) powinna wyjść rdza bardzo szybko. Miałem taki trop, że jakimś cudem galwanicznie, bo ta rdza wyszła wszędzie. Ostatecznie najracjonalniejsze się wydaje, że to piaskowano ( liczne wżery i wgłębienia po rdzy ) i następnie albo metalizowano natryskiem albo lakierowano jakąś farbą podkładową wysoko cynkową. Jest to trochę dla mnie zagadka. Planuję podpytać osoby bardziej z branży, może to rozwikłają. Możliwe, że ten złom ktoś po prostu odmalował.
Na drugim zdjęciu widać coś co przypomina typowy węzeł wyjęty z konstrukcji stalowej. Nawet im się nie chciało dospawanej blachy pod połączenie nitowe usunąć, po prostu coś takiego zostawiono. Element dobrze widoczny.
Trzecie zdjęcie obrazuje lekkie zardzewienia, sama konstrukcja wydaje się przekrzywiona, niepokojąco wyglądają pręty łączące się z linami, na zdjęciu ostatnim, widać, że śruby są tak połączone, że nie tworzą przegubu a raczej zamurowanie, rozciąga je moment na maleńkiej dźwigni. Lepiej by było jakby w pionie łapały się do belki i pracowały głównie na ścinanie. Podłoga zrobiona z prętów też pozostawia wiele do życzenia, same spoiny są wykonane okropnie, pręty spawane do płaskiego często mają bardzo mały przekrój pracujący, więc z czasem mogą odpadać.
EDIT
Znalazłem to https://maps.app.goo.gl/ySGMszTZHGfboXQ27
2 lata temu ktoś to odnowił. Wygląda, że po prostu pomalował. Jakim trzeba być ostatnim ch.. żeby popękane spoiny zamalować i oddać obiekt do dalszego użytku jako po renowacji. Absolutnym minimum byłoby wycięcie pęknięć i ponowne zaspawanie.
Komentarz
👣
🐾
🐾
Ja jako stary zgrywus od zawsze mówiłem cellephone zamiast cellphone, czym niemożebnie wkurzałem swoje córki.
"Dad, it's a cellphone, CELLPHONE! Get it?"
U nasz w bibliotece prawie każdą książkę można wypożyczyć w dwóch formatach: drukowaną zwykłą czcionką albo z dużym drukiem, który chroni wzrok i ułatwia czytanie osobom słabowidzącym.
Są to "large print books".
Kulminacja wkurwu "pronunciation nazis" nastąpiła gdy bodajże w 2010 wypuszczono pierwsze iPady czy insze tablety.
Od razu nazwałem toto "large print cellephone". Córki dostawały szewskiej pasji.
Oba określenia używam do dziś ale teraz się z tego śmiejemy!
👣
🐾
🐾
Pod koniec czerwca córka, zawadzając jeszcze o Grecję, gdzie spędziła kilka dni pojechała do domu. No cusz poradzić, CHWDP - Chętni Wracają Do Pracy - a ja z Tereską polecieliśmy na Filipiny. Podróż zajęła nam ponad 24 godziny z przesiadkami ale daliśmy radę.
U teściów to dopiero zaczęła się rewia gastronomiczno - kulinarna. Oni tam wszystko mają swoje, organiczne, od ryżu zaczynając, przez warzywa, owoce, kurczaki, prosiaki a na cielęcinie kończąc. Ryby, kraby, krewetki codzień z rana od rybaków powracających z połowów, prosto z łódek można za niską cenę kupić. Teściu zara kazał wieprzka zaszlachtować, że przez cały pobyt wyżerka dla wszystkich była. A imprezy były codziennie bo rodzinka duża i mnóstwo znajomych.
Na samym początku przeznaczyłem pokaźną sumkę na żarcie i wygłosiłem żonie niezapomnianą sentencję: ''To ty się zajmij wszystkim, a ja resztą, hehe''.
Kucharek ci u nich dostatek bo szwagierek we wsi z 10 a siostrzenic tyle, że nie zliczysz, większość na wydaniu, a każda chętna do pomocy i umie gotować to popisać się chciały. Żona z matką tylko doglądały i dyrygowały kuchnią. Kupiliśmy tyż szybkowar, żeby różne warzywa, niektóre mięsa, gulasze i sosy robić ekspresowo, bo w szybkowarze czas płynie szybciej, kapujecie!
Moim zadaniem było dopilnowywać żeby piwa, wódki, rumu i popitki nigdy nie zabrakło. Nastawiałem też codziennie lód w zamrażarce.
Jedną z filipińskich ciekawostek okołokulinarnych jest to, że oni w ogóle nie jedzą sałatek. Większość potraw jest przygotowana w ten sposób że mają postać płynną jak sos czy gulasz i podawane są z ryżem lub od razu nakładane bezpośrednio na ryż. Wyjątkiem jest na przykład makaron, ryby, mięsa grillowane i pieczone przeważnie na ogniu a nie na patelni, ale niestety tyż bez sałatek. Bardzo mi tego brakowało i żona dla mnie robiła na boku jakąś suróweczkę lub inną zieleninę, choćby pomidor z cebulką albo surowy ogórek z solą i pieprzem.
Nie jedzą sałatek ale swoją porcję witamin inkasują wraz z warzywami, które są w każdej potrawie i oczywiście z owoców, których jest pod dostatkiem.
A jeden gostek co piwo ludziom dostarczał skrzynkami i zabierał puste butelki to taką fajną koszulkę miał, śmieszno - faszystowską, że znaczek Adidasa był tak poprzestawiany, że te większe kreski ułożone były jak fryzur w ząbek czesanego Hitlerka a ta najmniejsza kreska wyglądała jak wąsik. A pod spodem był napis ''adi does", hehe. Czekałem tylko żeby mu komórka zadzwoniła bo chciałem się przekonać czy aby jako dzwonka nie zainstalował se hymnu III Rzeszy, ale nieee, jak raz zadzwoniło to się okazało, że miał ściągnięte Yakety Sax. Jak telefon odpalił nutę na cały zycher to kury zaczęły kogutów po podwórku ganiać.
Pod koniec miałem zajebistą historię. Byliśmy na takiej dennej imprezie u kuzynki żony w miasteczku i tam poznałem takiego jednego Filipińczyka i on mówił, że ma polskie korzenie, hehe. Tak powiedział: "Polish roots". A że nie wyglądał to ja na to "Eee, cheba cuś mnie ściemniasz." Na dowód wyciągnął jakąś legitkę i mi pokazuje. Faktycznie, jego zdjęcie i pisze: Gutek Fidel Sarmiento Natividad. Mimo, że tylko ciepły rum z colą waliliśmy i kiepskie browary, dobrze mi się z nim melanżowało, to i zaciekawił mnie ten Gutek. A on: "Ziom, drętwo tutej, cho idziemy do baru i koniecznie bierzemy po shocie polskiej wódki, to ci wszystko opowiem. Postawisz mi, co nie?" "No spoko". Kobitki nie chciały iść bo zajęte były babskimi plotkami. Bar był za rogiem ale polskiej wódki niestety nie mieli. Za to barman, niski nawet jak na Filipińczyka, ledwo wystajcy zza szynkwasu ale znający się na rzeczy zaproponował nam Danzka Fifty. Jak sama nazwa wskazuje gorzała była duńska, 50-cio procentowa. Stanął na jakiejś skrzynce i fachowo polał nam dwa podwójne. Po jednym strzale Gutka aż zgięło, ale mówi, że jeszcze po jednym, no to za ruską marynarkę i do dna, hehe. Typson złożył się jak harmonijka, że jeszcze musiałem mu popitkę kupić bo zielony się zrobił i myślałem, że pawia na mnie rzuci. Młodzian, to i nie zwyczajny bo odpowiedniej praktyki nie zaposiadywał. Doszedł do siebie i mówi: "O kuuuu*wa, człowieku! Musiałem się napić tej waszej wódy, żeby skumać co się stało z moim starym".
--???
"Wiesz, ja urodziłem się w 1995 w Davao City, a Davao to centrum filipińskiego katolicyzmu. Nawet mówi się Manila pracuje, Cebu się bawi, a Davao się modli i moja matka, bardzo wierząca kobieta, chciała mnie koniecznie nazwać Juan Pablo, bo wtedy wasz wspaniały papież przyjechał na Filipiny na pielgrzymkę. Mój stary miał mnie zarejestrować w urzędzie następnego dnia, ale kiedy się przypucował polskim inżynierom, którzy akurat byli w jego zakładzie w delegacji, że urodził mu się syn, to od razu typy wyciągnęły polską wódę i spili mi starego w trupa. Ojciec tyle razy opowiadał tę historię, że nawet pamiętam jak się nazywali: Gutek, Bodzio i Poziomka". (to chyba ksywki musiały być)
"Następnego dnia w urzędzie stary był jeszcze tak przymulony, że zapomniał jak mam mieć na imię, siedzi przed jakimś skrybą i nie pamięta. W końcu patrzy błędnymi oczami na portret na ścianie a tam był prezydent Filipin Fidel Ramos i mówi do urzędasa: pisz pan Gutek, Fidel. I wuj, mam to z głowy!"
"Stara się do mojego ojca nie odzywała z miesiąc, ale imię jakoś się przyjęło. No rozumisz, musiałem skumać, o co chodzi z tą waszą wódą, że tak sieka beret i teraz już wiem!"
Do dzisiej nie jestem pewny czy to prawdziwa historia, czy kolo tak se wymyślił, żeby z każdym spotkanym Polakiem napić się na krzywy ryj, ale warto było, hehe.
Kuniec.
Filipińskie frykasy - moje ulubione:
1. Wieprzowina z warzywami
2. Grilowany Lucek
3. Pansit Bihon - kluski ryżowe z krewetkami, mięsem i warzywami
4. Beef Kare - Kare - wołowina w sosie z orzeszków ziemnych z bakłażanem, kapustą bok choy, fasolką szparagową i pastą z krewetek do smaku
5. Adobong Pusit czyli kałamarnica marnowana w atramencie własnem i w sosie z soi i octu z cebulą, czosnkiem, papryką i przyprawami.
6. Kurczak w liściu bananowem
Podobnej koszulki nie mogłem znaleźć, to machnąłem w Paincie.
👣
🐾
🐾
Wyglada doskonale opis wskazuje, że smakować bedzie takoż.
Proszę, proszę, proszę ....
KARE - KARE
1kg wołowiny pokrojonej jak na gulasz
dwa bakłażany pokrojone ok. 7 cm i wzdłuż
jedna duża cebula pokrojona w kostkę
1/4 kg długiej fasolki (końce obciąć) pokroić na 7 cm
pęczek bok choy (dolny koniec obciąć)
3 liście laurowe
3 ząbki czosnku (rozgnieciony lub drobno posiekany)
10 ziaren pieprzu
4 łyżki oleju do smażenia
sól, pieprz do smaku
1 - 1 1/2 kostki bulionu wołowego
2 łyżki kleistego ryżu w proszku lub pół łyżeczki mąki kukurydzianej (corn starch) lub coś podobnego do zagęszczenia
250 ml masła orzechowego lub 250 ml prażonych orzeszków ziemnych ziemnych utłuczonych w moździerzu na pastę
2 łyżki sproszkowanego annato - to jest tylko po to aby nadać potrawie czerwonawy kolor. Ten składnik nie wpływa na smak kare-kare. Jednak kolor nie będzie taki jak na zdjęciu. Ogólny kolor gulaszu będzie zależał od ilości użytego proszku annato. 2 łyżki proszku annato, nadaje gulaszowi czerwony kolor. Można użyć mniej proszku annato, aby był mniej czerwonawy. Lub wcale. Wszystko zależy od preferencji.
duża łyżka pasty z krewetek lub 2 - 3 łyżki sosu rybnego. Tak na prawdę to nie polecam dodawać do potrawy bo nabiera smaku rybnego i strasznie śmierdzi. Na Filipinach dodają ale oni lubią. Można zepsuć całe danie. Dla Polaków lepiej jest albo podać na osobnym talerzyku lub całkiem to pominąć.
Podgrzej olej. Podsmaż cebulę i dodaj czosnek. Kontynuuj smażenie, aż cebula zmięknie.
W dużym garnku gotuj powoli pod przykrywką wołowinę, liście laurowe, sól, pieprz, bulion aż mięso będzie miękkie ok. półtorej godziny. Można dodać trochę wody w czasie gotowania, jeśli jest taka potrzeba.
Gdy mięso jest miękkie dodaj masło orzechowe lub pastę orzechową z moździerza, smażoną cebulę i czosnek, annato, zagęszczacz (ryż lub mąkę kukurydzianą, zasmażkę). Gotuj z 10 min.
Dopraw solą i pieprzem do smaku. Od siebie dodam, że można dodać coś własnego do smaku w/g swoich preferencji.
Na koniec dodaj fasolkę, bok choy i bakłażan i gotuj aż fasolka zaczyna być miękka ok. 5 min.
Nie rozgotuj warzyw!
Podawaj z ryżem i pastą z krewetek.
👣
🐾
🐾
Dziękuję pięknie wypróbuję w weekend !!!!
__
Ja w tym roku byłem tydzień w Okunince. 10m hotel od jeziora, koniec czerwca. Piękna pogoda.
Poczytałem, popluskałem się. Tak sobie odpocząłem.
Potem w sierpniu dwa tygodnie. w tym 50% remont, 50% obijanko/nastawianie wina. Niby remont, a czułem się jakbym przez dwa miesiące nie był w pracy. Totalne wypoczęcie organizmu nastapiło.
Tymczasem Sanok:
https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1386140,sanok
Sanok rządzi.
Tak trochę przelotem byłem w tym roku w Licheniu. Myślałem, że aa duży kościół wybudowali, szybko zobaczę i pojadę.
Błąd.
Można przyjechać do Lichenia na cały dzień i na spokojnie oglądać wiele pięknych rzeczy. Polecam wszystkim. Załapałem się na mszę i tylko rzucenie okiem, żal było nie zostać, ale plan gonił.
Daję dwa zdjęcia na zachętę, nie za dużo, bo większą przyjemnością, jest odkrywać samemu
A jaka tam jest cudowna okolica!
No i ten park patriotyczno-historyczny.
To prawda. A był lichy.
*
"Podstawą tronu Bożego są sprawiedliwość i prawo; przed Nim kroczą łaska i wierność."
Księga Psalmów 89:15 / Biblia Tysiąclecia
Pojechałem w tym roku na wycieczkę rowerową ze znajomym. Wypadało jakoś 10 dni. Startując z Suwałek -> Litwa -> Łotwa -> Estonia.
Rowerem z sakwami robiliśmy dziennie ze 100-120 km. Wyjątkiem był przed ostatni dzień gdy koledze rozsypał się rower. Było to w Estonii i posiłkowaliśmy się autobusem.
Pierwszym błędem było przyjęcie dużego dystansu dziennego. O ile asfaltem się jedzie wygodnie to, każdy najmniejszy problem w trasie czy też, bylejakość drogi której się nie przewidziało, komplikuje wyrobienie dziennej normy.
Mój finał tej wycieczki skończył się w szpitalu bo złapałem kleszczowe zapalenie mózgowe ( prawdopodobnie na Polskiej stronie ).
Na szczęście choroba uaktywniła się jak już byłem w Polsce. Obecnie niemal wróciłem do zdrowia ale dalej odbudowuje pełną fizyczną formę.
Krótko opiszę co widziałem, z tego co zobaczyłem, więcej mi się nie podobało niż podobało.
Najpiękniejsze widoki były na podlasiu. Mimo, że byłem tam najkrócej. Zdjęcie poniżej z podlasia.
Wraz z wjazdem na Litwe cała ta robiąca wrażenie przyroda, teren po stronie Polskiej, zostaje sprowadzona do płaskie pola i jakieś chaty. Litwa to jedna wielka wiocha. Jeżeli coś tam opanowali to budowę szutrowej drogi. Wielkie szutrowe drogi którymi nikt nie jeździ. Im szersza tym istotniejsza. Planując trasę często zaglądałem do fotek googla bo satelitarnie czasami ciężko było ocenić jakość drogi. Niestety, asfaltu to tam jest tyle co kot napłakał. Potem człowiek jechał parę km asfaltem i 10-20 km szutrem. Koszmar. Mają oni przynajmniej wiatki w swoich lasach więc szło po cichu się rozbić wieczorem, przenocować, rano wstać i się zwinąć. Tego na Litwie nie brakowało.
Bardzo mało sklepów. Jedyną osobą która znała angielski był jakiś żul pijący piwo w poniedziałek o 9 rano. Spotkaliśmy go przy garażach w jednym z nielicznych większych miast jakie mijaliśmy, mając problem z wyjazdem sam do nas zagadał pięknym angielskim z brytyjskim akcentem. Znajomy zaobserwował, że samochody które stały pod domami Litwinów były z tych droższych, ja się nie przyglądałem. Było też masę różnych takich wielkich zakładów w stanie totalnej ruiny, rudery. W czasie jednego z intensywniejszych deszczów zatrzymaliśmy się w jednym z takich miejsc.
Przekroczenie Niemna na Litwie też do najprzyjemniejszych nie należało. Płynęliśmy promem koło Vilkiji i do ostatniego momentu nie było do końca wiadomo czy ten prom w ogóle pływa. Co mogło znacznie utrudnić wycieczkę.
Odwiedziliśmy też Górę Krzyży na Litwie. Idea chyba miała być taka, że wszyscy się zjeżdżają i zostawiają różne krzyże. O ile brzmi to nawet ciekawie to sposób jak to miejsce jest prowadzone mnie odrzucił. Z daleka nawet się to ładnie prezentuje, podchodząc bliżej rzuca się w oczy, że jak się co przewróciło to tak zostawimy, w efekcie masa krzyży leży poprzewracana, albo rzucona zupełnie bez szacunku - takie miałem odczucia, z małych usypane stosy. Pomysł fajny ale wykonanie po litewsku, dobrze tego miejsca nie zapamiętałem.
Zanim przejdę do ostatniego znaleziska na Litwie... Jadąc po takim dzikim terenie pod miasteczkiem litewskim, napotkaliśmy swego rodzaju znajdźkę leśną. Wychodząc z miasta, leśną ścieżką dochodziło się po niedługim czasie na polanę, gdzie doprowadzono nawet lampę oświetleniową ( ! ). Duże połacie koszone, z ławami na środku umieszczonymi między kilkoma drzewami, które pozostawiono aby rosły. Kawałek dalej trzy kamienne kwadratowe kloce. Przedziwne miejsce. Pierwsze skojarzenie miałem, że to jakieś miejsce na gusła, ale to chyba niemożliwe.
Pod jednym z miast na Litwie, przy planowaniu trasy, znalazłem przeprawę przez rzekę, która bardzo upraszczała trasę. Konstrukcja którą zastaliśmy na miejscu, wręcz mnie zszokowała. Zamieszczam zdjęcia ( na jednym wymazałem mojego znajomego z którym wycieczkowałem ). Pracowałem kiedyś w firmie która stawiała stalowe konstrukcje, gdzie oszczędność prezesa powodowała partaczenie projektów, ale widok tej stalowej kładki przebił wszystko. Pod zdjęciami zamieszczam moje uwagi.
Już z daleka mi się to nie podobało i ustaliliśmy, że rowery przeprowadzimy oddzielnie, idąc wolno. Cała konstrukcja nawet przy delikatnym kroku wpadała w drgania i nią bujało. Dalsze oględziny były jeszcze bardziej alarmujące, strach było po tym chodzić. Konstrukcja co widać po zdjęciach wykonana została ze złomu. Już pierwsze zdjęcie ją w zasadzie dyskwalifikuje, gdzie widać, że spoina pękła po całej długości, nie dokumentowałem wszystkiego ale nie była to jedyna spoina która pękła, większość miała przynajmniej początek pęknięcia. Kwestia czasu, aż to się zawali. Odniosłem też wrażenie, że to wcale nie zostało tak dawno postawione. Jeżeli konstrukcja pracuje na zmęczenie, to spoiny pachwinowe są dopuszczalne jeżeli to lico jest rozciągane. Wykonanie spoin czołowych które lepiej pracują na zmęczenie, nie jest jakaś czarną magią i każdy spawacz spokojnie sobie z tym poradzi, kwestia zrobienia rowków etc. Ewentualnie czasami się oszlifowuje lico, zeszlifowuje grań i przetapia. Co pewnie w tego typu konstrukcji byłoby wskazane. Ponieważ zostawili szczelinę między spoinami, mimo, że obspawali prawie całość, oraz nie było widać otworów pod odpływ ocynku, zaś powierzchnia trochę jednak jakby szarawa była. Stąd zakładam, że nie było to cynkowane ogniowo/galwanicznie. Wtedy z tej szczeliny od kwasu ( przy kąpielach czyści się kwasem ) powinna wyjść rdza bardzo szybko. Miałem taki trop, że jakimś cudem galwanicznie, bo ta rdza wyszła wszędzie. Ostatecznie najracjonalniejsze się wydaje, że to piaskowano ( liczne wżery i wgłębienia po rdzy ) i następnie albo metalizowano natryskiem albo lakierowano jakąś farbą podkładową wysoko cynkową. Jest to trochę dla mnie zagadka. Planuję podpytać osoby bardziej z branży, może to rozwikłają. Możliwe, że ten złom ktoś po prostu odmalował.
Na drugim zdjęciu widać coś co przypomina typowy węzeł wyjęty z konstrukcji stalowej. Nawet im się nie chciało dospawanej blachy pod połączenie nitowe usunąć, po prostu coś takiego zostawiono. Element dobrze widoczny.
Trzecie zdjęcie obrazuje lekkie zardzewienia, sama konstrukcja wydaje się przekrzywiona, niepokojąco wyglądają pręty łączące się z linami, na zdjęciu ostatnim, widać, że śruby są tak połączone, że nie tworzą przegubu a raczej zamurowanie, rozciąga je moment na maleńkiej dźwigni. Lepiej by było jakby w pionie łapały się do belki i pracowały głównie na ścinanie. Podłoga zrobiona z prętów też pozostawia wiele do życzenia, same spoiny są wykonane okropnie, pręty spawane do płaskiego często mają bardzo mały przekrój pracujący, więc z czasem mogą odpadać.
EDIT
Znalazłem to
https://maps.app.goo.gl/ySGMszTZHGfboXQ27
2 lata temu ktoś to odnowił. Wygląda, że po prostu pomalował. Jakim trzeba być ostatnim ch.. żeby popękane spoiny zamalować i oddać obiekt do dalszego użytku jako po renowacji. Absolutnym minimum byłoby wycięcie pęknięć i ponowne zaspawanie.
Dlaczego nie widzę zdjęć?
Pierwsze jest, następne to tylko niebieska plama z napisem "postimages, under review, ensuring it meets guidelines"
Edit 1
już jest jak nalezy
Edit 2
a jednak nie wszystko ok, zdjęcia 2,3 i 4 dalej są niedostępne
Bardzo ciekawy tekst dla metalurgów.
Niesztampowe podejście, mnie się podobywa.