Skip to content

Karmel

13»

Komentarz

  • Komentarz o. Wilfrida do dzisiejszej Ewangelii:

    (…) Co Jezus mówi o łasce uświęcającej? On nie używa tego trudnego określenia. Mówi natomiast tak: „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami”. W Starym Testamencie winny krzew to symbol ludu wybranego przez Boga. U Jeremiasza powiada: „Ja zasadziłem ciebie jako szlachetną latorośl
    winną, tylko szczep prawdziwy. Jakże więc zmieniłaś się w dziki krzew, zwyrodniałą latorośl?” (2,21). A w Psalmie
    80 psalmista mówi do Boga: „Wyrwałeś winorośl z Egiptu, wygnałeś pogan, a ją zasadziłeś… Powróć, o Boże Zastępów! Wejrzyj z nieba, zobacz i nawiedź tę winorośl” (9,15). Cały Izrael jest winnym krzewem Boga. Jednak przychodzi Jezus i mówi: „Ja jestem krzewem winnym”. Zamiast całego ludu teraz jeden człowiek, Jezus, jest winnym krzewem. My jesteśmy latoroślami krzewu, jego nowymi gałązkami. Jedność w Nowym Testamencie jest nieskończenie większa niż w Starym. Razem nie jesteśmy tylko jednym ludem, ale tworzymy i stanowimy Człowieka, Syna Człowieczego, Jezusa Chrystusa. Albo, używając słów św. Pawła: razem jesteśmy ciałem Chrystusa.

    „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfi ty, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić”. Ten obraz, zrozumiały nawet dla dziecka, otwiera nieskończone perspektywy. Jezus jest winnym krzewem, a my – latoroślami. Bardziej wewnętrznej jedności nie można sobie wyobrazić. Latorośle są częścią krzewu. Latorośl, która odmawia łączności z krzewem, nie jest już latoroślą, ale suchym kawałkiem gałęzi. Jednak i winny krzew potrzebuje latorośli, by przynosić owoce. Gdyby nie znaleźli się ludzie chcący być latoroślami winnego krzewu, to zbawienie byłoby fiaskiem, a Bóg na próżno stałby się człowiekiem. Winny krzew bez latorośli nie owocuje. Zbawiciel potrzebuje ludzi, którzy pozwalają się zbawić.

    Jednak Jezus w tej Ewangelii chce podkreślić szczególnie to, że owoce możemy przynieść tylko wówczas, kiedy będziemy żyć w Nim, kiedy Jego życie będzie w nas płynęło, tak jak soki winnego krzewu przepływają przez latorośle. „Beze Mnie nic nie możecie uczynić”. „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity”. To dwa fundamentalne stwierdzenia Ewangelii, stwierdzenia wzajemnie się uzupełniające. Bez Jezusa nie możemy nic, ale z Nim i w Nim możemy wszystko. Latorośl nie musi martwić się tym, czy przyniesie owoc. Nie musi się wciąż oglądać na siebie i badać, czy kwiat rozkwita, a owoc dojrzewa. Jedyne, co ma do zrobienia, to dopilnować, aby być złączoną z krzewem. Owoce zaś, kiedy nadejdzie czas, same się pojawią.

    Myślimy, że sami musimy budować naszą świętość. Ale świętość jest niczym innym jak świętością Chrystusa, która
    ogarnia człowieka. W swoim akcie ofiarowania się miłosiernej miłości Boga św. Teresa z Lisieux pisała: „Pragnę być Świętą; czuję jednak moją słabość i proszę Cię, o mój Boże, Ty sam bądź moją Świętością”. Chrześcijanin nie jest kimś, kto stara się dojść do Boga, opierając się na własnym intelekcie i sile woli, ale otwiera wszystkie drzwi i okna i pozwala życiu i mocy Jezusa wpływać w siebie bez przeszkód.

    Życie chrześcijańskie będzie skomplikowane, jeżeli podzielimy je na cały szereg cnót, które powinniśmy zachowywać. W cudownej małej książeczce O naśladowaniu Chrystusa czytamy, że jeżeli każdego roku zachowamy jedną z cnót, to szybko dojdziemy do doskonałości. W rzeczywistości nie w taki sposób zdążamy. To tak, jakby latorośl miała powiedzieć sobie: „W tym miesiącu skupię się na tym gronie i będę zważać, by dojrzało; w przyszłym miesiącu zajmę się tym drugim”. To, czego uczy nas Jezus, jest o wiele prostsze: „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity”. Zazwyczaj mamy skłonność do traktowania chrześcijaństwa jako szeregu przepisów. Oczywiście dziesięć przykazań, w najlepszym razie również osiem błogosławieństw. Lecz chrześcijaństwo to nie zbiór przepisów. Chrześcijanin to nie ktoś, kto musi coś zrobić, ale ten kto coś otrzymał, a mianowicie nowe życie. A to nie oznacza tylko wzrostu moralnego, ale zmianę istoty, coś absolutnie nowego. Większość z nas przyzna zapewne, że wiele może się w nas dokonać, że da się wiele zmodyfikować w naszym życiu i charakterach, ale nie wierzymy, aby mogła ulec zmianie sama nasza substancja. Jesteśmy w pewien sposób wyposażeni, niesiemy pewne dziedzictwo, posiadamy pewne uzdolnienia i określone uwarunkowania fizyczne. Jakaś decydująca zmiana jest nie do pomyślenia. Innymi słowy, myślimy podobnie jak Nikodem: „Jakżeż może się człowiek narodzić, będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?” (J 3,4). Tak, człowiek może się fizycznie narodzić na nowo. W zasadzie wszyscy chrześcijanie są nowo narodzonymi ludźmi, którzy nie żyją już własnym życiem, ale życiem zmartwychwstałego Pana.

    Kiedy się spowiadamy, to w pierwszym rzędzie nie dlatego, by zbadać, jak daleko zaszliśmy na drodze świętości, nie po to, aby wyznać popełnione grzechy. Istotne jest to, że ponownie zwracamy się do Jezusa, że otwieramy się na Niego, tak że Jego życie może w nas wpływać, tak że my, którzy zaczęliśmy usychać, ponieważ odłączyliśmy się od Niego, znów możemy stać się latoroślami w winnym krzewie. Dopóki spowiadamy się, wzdychając: „Ciągle to samo”, dopóki myśl o własnych błędach i grzechach sprawia, że tracimy odwagę, dopóty nie wniknęliśmy jeszcze w rdzeń ewangelicznego przesłania.

    Świętość nie polega na wyuczeniu się określonych wzorów reagowania, które zwiemy cnotami. Cnoty są owocem świętości. Świętość polega na tym, że stajemy się stworzeniem Boga przez to, że Jezus żyje w nas, to On jest naszą mocą. Ewangelia jest przesłaniem o tym, że Jezus czyni w naszym życiu wszystko, jeśli tylko w Nim trwamy.

  • Dzisiaj dla wieczności narodziła się Krysia, wielka przyjaciółka łódzkiego Karmelu, najlepsza przyjaciółka Żyrafy. Ostatnie 3 mce spędziła w szpitalu. Do końca chronił ją szkaplerz karmelitański. Terenia przebywająca w świątyni oddalonej zaledwie o setki metrów od szpitala pociągnęła ją do siebie. Nie będzie musiała czekać do soboty - dziś zjawił się kapłan i mocą stolicy apostolskiej udzielił jej odpustu zupełnego.

  • edytowano 27 July

    @trep powiedział(a):
    Dzisiaj dla wieczności narodziła się Krysia, wielka przyjaciółka łódzkiego Karmelu, najlepsza przyjaciółka Żyrafy. Ostatnie 3 mce spędziła w szpitalu. Do końca chronił ją szkaplerz karmelitański. Terenia przebywająca w świątyni oddalonej zaledwie o setki metrów od szpitala pociągnęła ją do siebie. Nie będzie musiała czekać do soboty - dziś zjawił się kapłan i mocą stolicy apostolskiej udzielił jej odpustu zupełnego.

    Czyli się nie przesłyszałem... Nigdy wcześniej nie ogarniałem dla nikogo ziemskich spraw ostatecznych, nigdy też się tym nie specjalne nie interesowałem. Ksiądz, którego wezwałem do mamy, żeby udzielił namaszczenia chorych, wypowiedział słowa świadczące o tym, że udziela jej odpustu zupełnego. Potem na szybko zapytałem Googla albo CzataGPT, czy odpust wynika z namaszczenia chorych, odpowiedź była przecząca - dalej nie drążyłem, a powinienem...

    (Wiem, pewnie to wiedza na poziomie podstawówki...)

    +++

  • edytowano 27 July

    Jeśli kapłan choremu na łożu śmierci udziela mocą stolicy apostolskiej odpustu zupełnego, to z czego to może wynikać?

    To wynika z norm Enchiridion Indulgentiarum (Wykazu Odpustów) wydanego przez Penitencjarię Apostolską.

    Konkretnie chodzi o odpust zupełny „in articulo mortis” (na godzinę śmierci / w obliczu śmierci).

    Kluczowe przepisy:

    Kapłan, który udziela sakramentów osobie w niebezpieczeństwie śmierci (szczególnie choremu na łożu śmierci), ma obowiązek („nie omieszka”) udzielić jej błogosławieństwa apostolskiego (błogosławieństwa papieskiego) wraz z odpustem zupełnym.

    To uprawnienie wynika bezpośrednio z mocy Stolicy Apostolskiej (ex auctoritate Summi Pontificis), którą Kościół deleguje kapłanowi w tym szczególnym momencie.

    Źródło:

    • Enchiridion Indulgentiarum, norma 12 (lub w nowszej numeracji odpowiednia pozycja dotycząca odpustu na godzinę śmierci).

    Dlaczego „mocą Stolicy Apostolskiej”?

    Odpusty są łaską udzielaną przez władzę kluczy powierzoną Piotrowi i jego następcom (papieżowi). Papież jako najwyższy szafarz odpustów może je udzielać bezpośrednio lub przez upoważnionych kapłanów. W przypadku niebezpieczeństwa śmierci Kościół bardzo hojnie korzysta z tej władzy, aby umierający miał jak największą pewność zbawienia i uwolnienia od kar doczesnych.

    Dlatego kapłan w takiej sytuacji działa nie „z własnej mocy”, lecz jako szafarz delegowany przez Stolicę Apostolską.

    Dodatkowa informacja:

    Jeśli kapłana nie ma, to sam Kościół (z dobroci) udziela odpustu zupełnego umierającemu pod pewnymi warunkami (bycie w stanie łaski, brak przywiązania do grzechu + zwyczaj odmawiania modlitw w życiu).

    To jeden z najpiękniejszych i najbardziej miłosiernych darów Kościoła dla umierających.

  • edytowano 28 July

    Jak będzie przy końcu świata? W dzisiejszej Ewangelii Jezus daje nam swoją odpowiedź. Zło i nieprawość, które – jak się wydaje – teraz często zwyciężają, zostaną ostatecznie pokonane. Jaką mocą? Sam Jezus jest ziarnem pszenicznym zasianym na polu świata. Ono, wpadłszy w ziemię, obumiera, a następnie w dojrzałym kłosie przynosi plon obfity. Jezus jak owo ziarno został starty przez siły zła. Było to największe zło – odrzucenie i zabicie Syna Bożego, spowodowane przez grzechy wszystkich ludzi. „Ale tam, gdzie wzmógł się grzech, jeszcze obficiej rozlała się łaska”. Chrystus poprzez swoje posłuszeństwo aż do śmierci przywrócił nam dar wolności, który utraciliśmy w raju poprzez nieposłuszeństwo nakazom Boga. Dlatego prawdziwa ludzka wolność powinna być zakorzeniona w Chrystusie, Kościół nie chce straszyć nas piekłem, ale wzywa nas do odpowiedzialności, byśmy wykorzystywali wolność ze względu na swoje wieczne przeznaczenie. „Przyjmij, o Panie, całą wolność moją, przyjmij pamięć i całą wolę” – prosił Boga św. Ignacy.

  • Zabierz, Panie, i przyjmij całą moją wolność, pamięć moją, mój rozum i cała moją wolę, wszystko, co mam i co posiadam.
    Ty mi to, Panie, dałeś, Tobie to zwracam.
    Wszystko jest Twoje.
    Rozporządzaj tym według Twojej woli.
    Daj mi tylko miłość Twoją i łaskę, a to mi wystarczy. Amen

    św. Ignacy

    a ja dodam jeszcze bł. Karola de Foucauld

    Mój Ojcze, powierzam się Tobie, uczyń ze mną co zechcesz.
    Cokolwiek uczynisz ze mną, dziękuję Ci.
    Jestem gotowy na wszystko, przyjmuję wszystko, aby Twoja wola spełniała się we mnie i we wszystkich Twoich stworzeniach.
    Nie pragnę niczego więcej mój Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego, Z całą miłością mego serca.
    Kocham Cię i miłość przynagla mnie, by oddać się całkowicie w Twoje ręce, Z nieskończoną ufnością, bo Ty jesteś moim Ojcem. Amen

  • ...ale pamiętajmy, że wolność jest tylko potencjałem, możliwością przyjęcia, w istocie wolność jest niczym i stacza się ku nicości

    O wolności opowiada ta przypowieść:

    Gdy duch nieczysty opuści człowieka, błąka się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku, ale nie znajduje. 44 Wtedy mówi: "Wrócę do swego domu, skąd wyszedłem"; a przyszedłszy zastaje go niezajętym, wymiecionym i przyozdobionym. 45 Wtedy idzie i bierze z sobą siedmiu innych duchów złośliwszych niż on sam; wchodzą i mieszkają tam. I staje się późniejszy stan owego człowieka gorszy, niż był poprzedni

    ...miłość, miłość nie jest wolnością, jest pragnieniem serca i darem Bożym, nowym stworzeniem: "Stwórz, o Boże, we mnie serce czyste!"

  • @trep powiedział(a):
    a ja dodam jeszcze bł. Karola de Foucauld

    Mój Ojcze, powierzam się Tobie, uczyń ze mną co zechcesz.
    Cokolwiek uczynisz ze mną, dziękuję Ci.
    Jestem gotowy na wszystko, przyjmuję wszystko, aby Twoja wola spełniała się we mnie i we wszystkich Twoich stworzeniach.
    Nie pragnę niczego więcej mój Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego, Z całą miłością mego serca.
    Kocham Cię i miłość przynagla mnie, by oddać się całkowicie w Twoje ręce, Z nieskończoną ufnością, bo Ty jesteś moim Ojcem. Amen

    ...to nie jest wolność, to już sam Bóg działa

  • Marta żyła w Betanii razem ze swoim bratem Łazarzem i siostrą Marią, a Jezus był przyjacielem ich domu. Dlatego Marta przyjmowała Go z ogromną troską, gdyż oprócz przyjaciela rozpoznawała w Nim także Mesjasza posłanego przez Boga do swojego narodu.
    Jednak Marcie brakowało w jej wierze czegoś bardzo ważnego. Tzn. niewątpliwie, prawdziwa wiara jest aktywna i wierzący powinien wprowadzić w życie słowo Boże służąc bliźnim z miłością. Jednak Bóg oczekuje również i tego, aby wierzący nie tylko działał ze względu na Boga, ale i słuchał Jego słowa i coraz bardziej otwierał się na miłość, którą to słowo w sobie niesie. Chodzi więc o wymiar kontemplacyjny wiary, który wyraża się w postawie Marii. Dlatego Jezus zachęca Martę, aby ona uznała, że zachowanie Marii jest dopełnieniem tego, co ona czyni i że każdy powinien w swoim życiu stworzyć przestrzeń na taką najlepszą cząstkę. Działanie wierzącego jest bowiem tym bardziej owocne, im bardziej wypływa ze źródeł kontemplacji, modlitwy.
    Dlatego można by ją uznać za patronkę pracoholików, których dziś coraz więcej. Troszczymy się i niepokoimy o wiele. Popędzają nas dzwoniące telefony komórkowe. Nieraz nawet na wakacjach. Przeklinamy cały ten zamęt, a jednocześnie stajemy się od niego uzależnieni. Wołamy, że wszystko na naszej biednej głowie, ale zarazem sami chcemy mieć wszystko pod kontrolą. Kiedy znajdziemy chwilę spokoju na urlopie, nieraz nie wiemy, co z sobą zrobić. „Marto, Marto… pomóż nam odnajdywać to, co jest naprawdę ważne!”.

  • Mam koleżankę w pracy, która sama przyznała się do problemów z pracoholizmem. Ma na imię... Marta.

  • W szwedzkim podręczniku do nauki religii znajdujemy wypowiedź pewnej zakonnicy, która mówi, że poszła do zakonu, aby uniknąć mąk czyśćcowych, aby być wyzwoloną z szatańskiego piekła i wejść do Bożego raju. Pójść do klasztoru po to, by uniknąć piekła, to szczególny sposób zamieniania życia w piekło. Jeżeli wstępuje się do klasztoru, to dlatego, że zostało się pochwyconym przez miłość. Życie zakonne to historia miłości. Zakonnice kontemplacyjne mogą robić wrażenie dziwnych, pod wieloma względami odstają od norm, jedno jednak na pewno mają wspólne ze wszystkimi ludźmi, w jednym są solidarne z całą ludzkością: szukają miłości, żyją dla miłości, są gotowe zdobyć się na szalone kroki ze względu na miłość. Idąc do klasztoru, nie rezygnuje się z miłości; przeciwnie, świadomie wybiera się miłość.

    Trzy ważne teksty mówią o nieodpartej mocy miłości. „Jak śmierć potężna jest miłość – czytamy w Pieśni nad Pieśniami – a zazdrość jej nieprzejednana jak Szeol, żar jej to żar ognia, płomień Pański. Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki” (8,6-7). W przepięknym komentarzu do Pieśni nad Pieśniami szwedzki mistyk Hjalmar Ekström pisze: „Nie ma nic co mogłoby pokonać tę miłość. Gdzie tylko się znajduje, tam nieodparcie przemaga wszystko. Jeśli jest w człowieku, to nie ma mowy, by mógł nią manipulować czy sterować. Ona podąża własną drogą i pociąga go za sobą… nie ma niczego na świecie tak majestatycznego jak ona, niczego tak przemożnie zwycięskiego. Jej moc jest przerażająca, a równocześnie jest ona nieskończenie łagodna… To nie człowiek dosięga miłości, ale to on zostaje przez nią pochwycony i ona porywa go ze sobą jak swego więźnia”.

    Drugi z tekstów, zaczerpnięty z Listu do Filipian, nie ustępuje pierwszemu w opisie mocy miłości. W nim też miłość zyskuje konkretne oblicze, pełne prawa, najwyższą moc – kiedy jest skierowana na Chrystusa, kiedy jest się porwanym Jego miłością. „I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, mojego Pana. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim” (3,8). To niemal szokujące słowa. Jak można uznać za śmieci to całe piękno, które Bóg stworzył, a człowiek wraz z Nim? Czy nie jest to pogarda dla Bożego stworzenia? Może. Jednak kto został pochwycony miłością Chrystusa, ten nie stawia sobie takich pytań. Nie ma wyboru.

    Tekst dzisiejszej Ewangelii wynosi nas na szczyty, na poziom Trójcy Świętej. „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej!” (J 15,9). Miłość, którą Ojciec miłuje Syna, jest tą samą miłością, którą Syn miłuje nas. Miłość Chrystusa nie jest rozdzielona na wielu, On miłuje każdego człowieka tak, jak sam jest miłowany przez Ojca, On, Jednorodzony. Czy to dziwne, że ten, kto to pojął, staje się szalony, że wszystko odrzuca? Gdybyż w Kościele takich szaleńców chciało być więcej, ludzi, którzy wiedzą, że tajfun miłości przechodzi przez świat, którzy stają na wietrze i podejmują ryzyko bycia porwanymi przez ten prąd, Bóg wie, dokąd. Kto nie jest szaleńcem, ten nie jest prawdziwie mądrym! Poświęcić swoje życie wyłącznie wspólnocie z Bogiem to radykalny skądinąd sposób stawania na tym wichrze, aby, jak powie Jezus, wytrwać w Jego miłości.

    To żaden heroizm – zrezygnować ze wszystkiego, co oferuje świat, i na zawsze zamknąć się w klasztorze. Dla tych, którzy tak uczynili, nie ma w tym nic heroicznego. To nie człowiek wybiera Boga. On tylko wdzięczny mówi „tak”, oczywiste „tak” na zaproszenie, pochodzące od Niego. „Pochwycił mnie”, mówi i mówią tak wszyscy, którzy odpowiedzieli „tak”. Jeśli kogoś dzisiaj mamy czcić, to tylko Boga. Jemu cześć. Jest za co Go czcić, On zalewa ludzi miłością, szuka pustych naczyń, które by wypełnił, nie tylko po brzegi, ale tak, by się przelewały i nawadniały ziemię.

    Co robić, by wytrwać w miłości Chrystusa, aby być pustym naczyniem, które daje się napełnić? Istnieją trzy podstawowe zachowania, których możemy się nauczyć od trzech ewangelicznych kobiet. Pierwszą z nich jest Maria z Betanii. Siedzi u stóp Jezusa i słucha Jego słów. Jezus jest Słowem. Wypowiadanie miłości Ojca jest Jego istotą. Przemawia przez całą wieczność, któż jednak Go słucha? Maria słucha. Ona pije Jego słowa. Wybiera, jak powie Jezus, najlepszą cząstkę. Wszystko inne zostanie nam zabrane, ale nie to jedno: zasłuchanie w Słowo Ojca. To będzie naszym życiem i naszym szczęściem w niebie. Inna kobieta, bliższa nam w czasie, również słuchała. Błogosławiona Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej pisała w swojej słynnej modlitwie: „O Słowo przedwieczne, Słowo mojego Boga, chcę spędzić moje życie na słuchaniu Ciebie. Chcę być czystym uchem dla Ciebie, abym wszystkiego od Ciebie się uczyła”. Być czystym uchem, tego pragniemy składając ślub posłuszeństwa. Posłuszeństwo etymologicznie pochodzi od dawania posłuchu, słuchania. Posłuszeństwo zakonne obejmuje o wiele więcej niż tylko zachowywanie reguły i konstytucji. Polega na ciągłym wsłuchiwaniu się w wewnętrzny głos. „Kto jest z Boga, słów Bożych słucha” (J 8,47).

  • Druga Maria w Ewangelii uczy nas, jak być pustym naczyniem, które zbiera miłość Chrystusa. To grzesznica, która przychodzi do domu faryzeusza, w którym Jezus zasiada przy stole (Łk 7,37-50). Przybywa z flakonikiem balsamu. Staje z tyłu u stóp Jezusa i płacze. Obmywa Jego nogi łzami, ociera je włosami i namaszcza balsamem. Daje Mu wszystko, co ma: łzy, włosy, balsam i grzechy. Niczego nie zatrzymuje. Wyzbyć się wszystkiego, jak grzesznica, którą tradycja identyfikuje z Marią Magdaleną – tego pragniemy składając ślub ubóstwa. Opróżniamy naczynie, aby On mógł je wypełnić. Nie można wdychać czystego powietrza, nie wydychając przedtem niedobrego. Bóg ma nam do dania tak nieskończenie wiele, ale dopóki trzymamy kurczowo to wszystko, co mamy, to nawet Bóg nie może nas ubogacić. Nie może złożyć swoich darów w zamknięte ręce. Ślubować ubóstwo – to opróżnić swój dom, wyrzucić wszystkie śmieci, przygotować Mu miejsce. To wyzwalające pozbyć się wszelkich bezwartościowych dóbr, wyzwalające dla tego, który je odrzuca, ale i dla tych, którzy są tego świadkami. To inspirujące – to dobrze robi widzieć człowieka poszukującego prawdziwego bogactwa, który nie myli żelaza ze złotem.

    Jest i trzecia Maria w Ewangelii, ta, którą nazywamy Dziewicą Maryją. W dialogu z aniołem przy zwiastowaniu słyszymy, jak mówi: „Nie znam męża” (Łk 1,34). Choć rodzi dziecko, które jest Bogiem, choć jest najpłodniejszą ze wszystkich kobiet, stając się matką całej ludzkości, jest i pozostaje dziewicą. Ona, nowa Ewa, nie należy do Józefa, ale do Jezusa, nowego Adama, z którym tworzy nową parę ludzką. Pozostać dziewicą, jak Maryja, nie łączyć się z nikim innym, jak tylko z Nim, pozostawać wolną i dyspozycyjną tylko wobec Niego, to znaczy składać ślub dziewictwa. „Połóż mnie jak pieczęć na twoim ramieniu” (Pnp 8,6). Hjalmar Ekström tak to komentuje: „To jest nie tyle wezwanie dla Niego, co raczej stwierdzenie Jego absolutnego prawa posiadania jej, prawa własności, na które ona odpowiada «tak»… Pieczęć określa również zazdrość ze strony tego, który ją nosi. Oblubieniec jest zazdrosny o oblubienicę. Jego żądanie prawa własności jest bezgraniczne, ale dla niej, która spoczywa jakby pieczęć na Jego sercu i na Jego ramieniu, jest to tylko słodkie. Dla niej to więcej niż błogość, że On chce ją posiadać w pełni i wyłącznie, On będący samą miłością”. To niepojęte, że Bóg chce się złączyć z człowiekiem jak mąż z żoną. I doprawdy nie będzie to małżeństwo bezdzietne! Ślub dziewictwa, który zdaje się skazywać człowieka na bezpłodność, otwiera granice płodności aż po nieskończoność.

    Narzekamy, że Bóg milczy, że nie odpowiada na nasze modlitwy. Czy Bóg umarł? Czy naprawdę istnieje? Jest dowód na istnienie Boga mocniejszy od klasycznego dowodu na Jego istnienie, dowód nie abstrakcyjny i martwy, lecz konkretny i żywy. Ten dowód stanowi wielotysięczna rzesza sióstr kontemplacyjnych, żyjących w klasztorach klauzurowych, zdawałoby się – zamkniętych, a w rzeczywistości wolnych. Żyją prostym, spartańskim życiem, wyrzekły się wszelkich wygód, wyrzekły się wszystkiego co stanowi sens i treść życia większości ludzi. Wyrzekły się wszystkiego, oprócz miłości Boga. I te zakonnice są szczęśliwe i radosne, o wiele bardziej radosne od radujących się poza murami klasztorów. Gdziekolwiek odwiedzamy klasztor karmelitański, w jakimkolwiek zakątku świata, znajdujemy tę samą radość. To znak szczególny karmelitanek. Jakże byłoby to możliwe, gdyby Bóg nie istniał? Nikt nie wytrzymałby całe życie stać przed Bogiem, który jest martwy.

    „Żyje Pan, przed którego obliczem stoję”, mówi prorok Eliasz, którego w Karmelu nazywamy naszym przewodnikiem i ojcem (1 Krl 17,1 [Wulgata]). Zadaniem sióstr karmelitanek jest stale stać przed obliczem Boga i w ten sposób świadczyć wobec świata, że Bóg żyje.

  • edytowano 1 August

    ...tak jest skonstruowane ludzkie serce

    Celem życia ludzkiego jest poznanie Boga. Nie mamy innego zadania niż siostry klauzurowe, nie ma w ogóle innego zadania niż to, byśmy byli szczęśliwi w Miłości Bożej. Uczucie miłości jest pragnieniem serca, którego źródłem jest poczucie / świadomość metafizycznej jedności / wspólnego życia czyli świadomość metafizycznej miłości właśnie.

    Już przytaczałem nieraz definicję św. Maksyma (niepodzielna jedność i niewyczerpana radość tych, którzy poprzez swoje pragnienie uczestniczą w tym, co jest z natury dobre)

    Poza PnP i pismami mistyków szczególnie sugestywne dzięki sile języka poetyckiego opisy tego rodzaju miłości - oblubieńczej - znaleźć można w dość nieoczekiwanym miejscu - u Emily Brontë.

    Brontë była bardzo uduchowioną młodą kobietą a Anglia ma piękną tradycję kobiet mistyczek, na którą wpłynęły ruchy kontynentalne (beginki), podejrzewam, że znała tę literaturę, jej wiersze mają mistyczny styl.

    I weźmy te wypowiedzi:
    "I cannot express it; but surely you and everybody have a notion that there is or should be an existence of yours beyond you. What were the use of my creation, if I were entirely contained here?"

    "If all else perished, and he remained, I should still continue to be; and if all else remained, and he were annihilated, the universe would turn to a mighty stranger: I should not seem a part of it.

    "He's always, always in my mind: not as a pleasure, any more than I am always a pleasure to myself, but as my own being.

    I w końcu:

    "he's more myself than I am"

    Czyż tego wszystkiego nie mogłaby napisać np. Mechtylda z Magdeburga?

    Te kwestie wyglądają dziwnie out of context w tej naturalistycznej powieści, a zarazem mam dziwne poczucie, że ona powstała po to właśnie, by one mogły paść, jako pretekst.

    Są one niezwykle prawdziwe. Wyrażają metafizyczną istotę miłości, nie jest to ona emocjonalna czy moralna, nie jest poznawcza, jej istnienie wyprzedza jej poznanie, jest egzystencjalna - kość z kości, krew z krwi.

    Powieść ilustruje jakie są konsekwencje sprzeniewierzenia się tej jedności - gdy człowiek rozdzieli to, co z natury jest złączone, gdy "zje jabłko" - w świecie właściwie bez duchowych ram, w stanie "natury" właściwie wtórnie upadłej, kulturowo okaleczonej (purytańska Anglia).

    Wygląda to dokładnie jak z PnP w przekładzie Biblii Króla Jakuba:

    "Set me as a seal upon thine heart, as a seal upon thine arm; for love is strong as death; jealousy is cruel as the grave; the coals thereof are coals of fire, which hath a most vehement flame."

    Na szczęście równie dobrą figurą miłości Bożej jest miłość rodzicielska i dzieci do rodziców. Figura spokojna i bardziej uniwersalnie dostępna niż szalone zakochanie, nie każdy ma tego pecha - poczucia całkowitej jedności z drugim, czy małżeńska jedność wspólnego życia - całkowitego zżycia się z drugim - nie każdy ma to szczęście.

    Bycie dla, wspólne życie, a to są tylko figury, które nam "dają pewne pojęcie".

    Ps. nie chcę trollować wątku o Karmelu, a jedynie zwrócić uwagę, jak uniwersalne są to sprawy.

    Pps.
    Oddajmy też braciom i ojcom - kartuzom, kamedułom, trapistom itd.

  • I franciszkanom.

Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.