Skip to content

Karmel

124»

Komentarz

  • edytowano 19 August

    I.
    Kim jesteś, o Ty, świateł słodyczy, co napełniasz
    rozświetlając ciemności mego serca?
    Prowadzisz mnie ręką matczyną
    A jeśli byś puścił, nie wiedziałabym, gdzie krok postawić.
    Jesteś przestrzenią, która otula całą mą istność i w sobie zamyka.
    Sięgam przepaści, rzucona w nicość
    skąd cierpliwie podnosisz mnie ku Światłu.
    Tyś bardziej mi bliski, niż sama sobie jestem
    i głębszy, niż wszelka zażyłość,
    i bez wątpienia, o Niepojęty i Niedosięgły,
    pozyskać umiesz wszystko:
    Duchu Święty – Miłości Ty Wieczna!

    II.
    Czyż nie jesteś słodki jak manna,
    co z serca Syna do mego spływa,
    pokarmem aniołów i błogosławionych?
    Ty, co ze śmierci w życie unosisz,
    budzisz mnie ku nowemu życiu,
    ze snu śmiertelnego.
    Dajesz nowe życie mi dzień po dniu
    a dnia pewnego obfitością wypełnisz po brzegi,
    życiem Twego życia. O tak, Ty sam:
    Duchu Święty – O Życie Wieczne!

    III.
    Czyż promieniem nie jesteś,
    Z Tronu Sędziego wiecznie wychodzącym
    co noc rozświetlasz duszy,
    bo inaczej by siebie nie poznała?
    Miłosiernie i niezłomnie wnikasz w jej zakamarki
    przerażoną przywodzisz do siebie.
    Użyczasz schronienia w świętej bojaźni,
    początku każdej mądrości, pochodzący z wysoka,
    co z wyżynami na stałe nas wiążesz
    w dziele Twym, co nas czyni nowymi,
    Duchu Święty – Promieniu przenikliwy!

    IV.
    Czyż nie jesteś pełnią ducha i mocy,
    z którą Baranek łamie pieczęcie wiecznych tajemnic Boga?
    Wysłani przez Ciebie zwiastuni wyroków
    Bożych na wierzchowcach zmyślnych świat przemierzają,
    ostrzem miecza oddzielając królestwo światła od królestwa nocy.
    Dzięki Twemu tchnieniu wyłania się nowe niebo i ziemia nowa,
    i wszystko powraca, dzięki Twemu tchnieniu,
    do miejsc sobie właściwych:
    Duchu Święty – Siło zwycięska!

    V.
    Czyż nie jesteś budowniczym katedry odwiecznej,
    co wznosi się z ziemi do niebios?
    Wzmacniane przez Ciebie kolumny sięgają wysoko
    trwając nieporuszone i mocno wsparte.
    Opieczętowane imieniem wiecznym Boga

    jaśnieją światłem
    wspierając kopułę świętej katedry,
    co przykrywa koronę świętej katedry
    Twe dzieło przemieniające świat,
    Duchu Święty – Ręko Boga!

    VI.
    Czyż nie jesteś jasnym lustrem,
    uczynionym z bliskości tronu Najwyższego,
    jak morze kryształowe,
    gdzie przegląda się Rozmiłowany?
    Pochylasz się nad najpiękniejszym dziełem stworzenia,
    i Promieniujący oświetla Ciebie Twoim własnym blaskiem.
    A najczystsza piękność wszystkich istot
    jednoczy się w umiłowanej postaci
    Dziewicy, Twej Oblubienicy bez zmazy:
    Duchu Święty – Stwórco Wszechświata!

    VII.
    Czyż nie jesteś słodką pieśnią miłości i ukrytą świętością,
    co wiecznie rozbrzmiewa wokół tronu Trójcy,
    poślubiając czyste brzmienie wszystkich istot?
    Harmonio łącząca wszystkich z Początkiem,
    gdzie zbawiony znajduje tajemny zamysł swojej istoty,
    radośnie promieniując ze swobodą się
    rozprzestrzeniając w Twym przepływie:
    Duchu Święty – Radości Ty wieczna!
    Kim jesteś Ty, słodkie Światło?

    https://voca.ro/1iUXGAAhiUCH

  • Cokolwiek miałoby ci się przydarzyć w przyszłości, możesz być pewny, że Boża Opatrzność i moc będzie we wszystkim. Nic się nie dzieje bez swego miejsca w Jego planie miłości. Stad już teraz możesz dziękować za wszystko, co jeszcze cię czeka, a co czas stopniowo będzie ci odsłaniał.

    Czy nie jest brakiem rozwagi dziękować, zanim się wie, za co? Czy nie mądrzej będzie poczekać i zobaczyć? Nie, to właśnie już teraz masz dziękować, dopóki istnieje pewien dystans między tobą a tym, co zdarzy się w przyszłości.

    Kiedy potem znajdziesz się w samym centrum danego wydarzenia, to może będziesz się szarpać i będziesz zaskoczony tak, że stracisz tę szeroką perspektywę i nie będziesz potrafił nic innego, jak tylko narzekać i użalać się. Lecz teraz, kiedy przyszłość jest jeszcze oddalona, łatwiej możesz zobaczyć, że nic nie dzieje się bez udziału Ojca.

    Tak czynił Jezus. Zanim nastał decydujący moment Jego życia, wypowiedział wielką modlitwę dziękczynną, w której z góry dziękował swemu Ojcu za to, co ma się wydarzyć (J 17). Kiedy potem na krzyżu wołał w cierpieniu i opuszczeniu, to wszystko było już ogarnięte dziękczynieniem.
    Skoro tylko zaczynasz sortować wydarzenia i dzielić je na takie, za które możesz dziękować, i takie, które odrzucasz, bierzesz swoje życie we własne ręce. Nie pozwalasz Bogu mieć nad wszystkim pieczy.

    Twoje dziękczynienie konkretnie pokazuje, czy rzeczywiście wierzysz, że Bóg dzierży świat w swoich rękach.

  • ...tak, All shall be well, and all shall be well, and all manner of thing shall be well

    ALE nie po ludzku, nie według ludzkiego myślenia - eschatologicznie a aktualnie - mistycznie, w eschatologicznym świetle jutrzenki Paruzji

    Jeśli chodzi o "świat" według ludzkiego myślenia to: "władca tego świata został osądzony" a ów "świat" z jego sukcesami i przegranymi, wygodami i niewygodami, przyjemnościami i cierpieniami, szczęściami i nieszczęściami jest w istocie niczym wobec chwały życia wiecznego,

    Co do pierwszych:
    "Świat przemija, a z nim jego pożądliwość. Pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia. Każde bowiem ciało jak trawa, a cała jego chwała jak kwiat trawy: trawa uschła, a kwiat jej opadł. Zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania." - każdy jednakowo - i to szybko, niszczeje na naszych oczach.

    Co do drugich:
    "Za pełną radość poczytujcie to sobie, ilekroć spadają na was różne doświadczenia. Cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić. Niewielkie bowiem utrapienia naszego obecnego czasu gotują bezmiar chwały przyszłego wieku"

    ...którego oczekujemy i którego możemy mieć w wierze i życiu sakramentalnym przedsmak - i to jest droga świętych Karmelu przecież, w tym życiu doczesnym początek życia wiecznego

  • Niebo na ziemi.

    „Uwielbiam Cię, mój Boże, Trójco Przenajświętsza! Dopomóż mi zupełnie zapomnieć o sobie, abym nieporuszona i uspokojona, mogła zamieszkać w Tobie tak, jakby moja dusza znajdowała się już w wieczności. Oby już nic nie zdołało zamącić mego pokoju ani wyprowadzić mnie z Ciebie, o Mój Ty Niezmienny, lecz niech każda minuta coraz głębiej zanurza mnie w Twoją Tajemnicę. Napełnij pokojem moją duszę, uczyń w niej swoje niebo, swoje ulubione mieszkanie i miejsce swego odpoczynku. Obym nigdy nie zostawiała Ciebie samego, lecz była tam zawsze cała, cała czuwająca z wiarą, cała pogrążona w adoracji i cała zdana na Twoje stwórcze działanie.

    O, mój umiłowany Chryste, z miłości ukrzyżowany, chciałabym być oblubienicą Twego Serca, chciałabym Cię otaczać chwałą i chciałabym Cię miłować tak, żebym umarła z miłości. Lecz czuję moją niemoc i dlatego proszę Cię, abyś mnie «przyoblókł w siebie samego», tak aby wszystkie poruszenia mojej duszy utożsamiały się ze wszystkimi poruszeniami Twojej duszy, abym się zanurzyła w Tobie, została przez Ciebie ogarnięta, tak abyś Ty zajął moje miejsce, aby moje życie było tylko promieniowaniem Twojego Życia. Przyjdź do mnie jako Wielbiciel, Wynagrodziciel i Zbawiciel. Słowo Przedwieczne, Słowo mego Boga, chcę spędzić mo­je życie na słuchaniu Ciebie; chcę być w pełni pojętną, tak aby się wszystkiego nauczyć od Ciebie. A potem poprzez wszystkie noce, wszystkie próżnie, wszystkie niemoce chcę zawsze być w Tobie i trwać w Twoim wielkim świetle. O, moja umiłowana Gwiazdo, zachwycaj mnie, abym nie mogła już uchylić się spod Twego promieniowania.

    O, Ogniu trawiący, Duchu miłości, «zstąp na mnie», aby w mej duszy dokonało się jakby nowe wcielenie Słowa. Niech będę dla Niego dodatkowym człowieczeństwem, w którym On odnowi całe swoje Misterium. A Ty, Ojcze, pochyl się nad swo­im biednym stworzeniem, «okryj je swoim cieniem» i dostrzegaj w nim tylko «Umiłowanego, w którym złożyłeś całe swoje upodobanie».

    O moi Trzej, moje Wszystko, moja Szczęśliwości, nieskończona Samotności, Niezmierzoności, w której się gubię, oddaję się Wam jako ofiara. Ukryjcie się we mnie, abym ja mogła się ukryć w Was, w oczekiwaniu na kontemplowanie w Waszym świetle przepaści Waszej wielkości.”

  • Dziś wspomnienie liturgiczne Św. Marii od Jezusa Ukrzyżowanego (Maria Baouardy), znanej szerzej jako Mała Arabka.

    Rodzina Baouardy

    Abellin, mała wioska w połowie drogi między Hajfą a Nazaretem, należy do greckokatolickiej diecezji Akko. Z niewielkiego wzniesienia, na którym się rozsiadła, rozlega się wspaniały widok na Galileę. Od strony północnej ciągną się góry aż po ośnieżony szczyt Hermonu; od wschodu zalegają wzgórza, za którymi ukrywa się Nazaret, a na południu nizina Esdrelon, z której nagle wyrasta łańcuch góry Karmel.

    W tej właśnie wiosce żył Jerzy Baouardy. Urodził się w Khourfesh, wiosce położonej w Górnej Galilei, 20 km na południowy-wschód od Akko. Podobnie jak inni mieszkańcy tej wioski, zajmował się produkcją prochu strzelniczego, co z trudem dostarczało środków na utrzymanie rodziny.

    Baouardy był chrześcijaninem z przekonania i niejednokrotnie musiał cierpieć z tego powodu ze strony większości muzułmańskiej, będącej przy władzy. Pewnego razu został uwięziony pod niesłusznym zarzutem popełnienia zabójstwa we wsi Tarshiha. Gdy się okazało, że jest niewinny i wypuszczono go z więzienia, postanowił opuścić swoją wioskę i przeniósł się do Abellin.

    Jego żona, Maria Shahine, pochodziła z Tarshiha. Nie mieli szczęścia do dzieci. Ich dwunastu synów zmarło niedługo po urodzeniu. W końcu 5 stycznia 1846 roku urodziła się córka, Mariam. Zgodnie z miejscowym zwyczajem, dziesiątego dnia po urodzeniu została ochrzczona i otrzymała sakrament bierzmowania.

    Dwa lata później urodził się syn Boulos (Paweł). Szczęście rodziców i dzieci trwało krótko. Mając trzy lata, Mariam straciła oboje rodziców. Dziećmi zaopiekowali się wujowie. Jeden z nich, mieszkający w Abellin, adoptował Mariam, drugi, zamieszkały w Tarshiha, jej brata Pawła. Rozdzielone rodzeństwo już nigdy nie spotkało się.

    Młodość Mariam

    Kilka lat później wuj z rodziną i Mariam przenieśli się do Aleksandrii w Egipcie. Mariam rosła pod czujnym okiem wujostwa, traktowana przez nich jak własne dziecko. Bez żadnych przeszkód z ich strony rozwijało się jej życie religijne. Od siódmego roku życia spowiadała się co tydzień. W ósmym roku życia przystąpiła do I Komunii św.

    Zgodnie ze wschodnim zwyczajem, wuj obiecał ją za żonę jednemu z kuzynów żyjącemu w Kairze. Gdy ukończyła 13 lat, zrozumiała, że będzie musiała wyjść za mąż. Zaczęły się przygotowania do uroczystości weselnych. Ku zaskoczeniu rodziny i otoczenia, Mariam odmówiła zgody na małżeństwo. Na nic nie zdały się naciski proboszcza, a nawet zaprzyjaźnionego z rodziną biskupa, którzy usiłowali nakłonić ją do posłuszeństwa wujowi. Za karę potraktowano ją jak służącą i polecono zmywanie naczyń w kuchni.

    Mariam wiedziała, że ma brata, i postanowiła szukać u niego pomocy. Napisała do niego list, w którym przedstawiła mu swoją sytuację. O doręczenie tego listu poprosiła znajomego muzułmanina, który dawniej pracował u wuja, a teraz udawał się do Nazaretu. Ten zgodził się udzielić jej pomocy pod warunkiem, że przyjmie islam. Gdy Mariam zdecydowanie odmówiła, wpadł w gniew, ciężko ranił dziewczynkę szablą w szyję, a następnie porzucił ciało zamordowanej - jak sądził - na drodze.

    Wydarzenie to miało miejsce we wrześniu 1858 roku. Mariam nie potrafiła wyjaśnić, kto ją uratował. Opowiadała, że znalazła ją nieznajoma zakonnica, która opiekowała się nią przez cztery tygodnie, a następnie zaprowadziła do kościoła św. Katarzyny, należącego do franciszkanów. Przez całe życie miała głęboką bliznę na karku.

    Mariam nie wróciła już do wujostwa. Zarabiała na życie pracując jako służąca w różnych rodzinach. Z Aleksandrii udała się do Jerozolimy, stąd do Bejrutu, wreszcie w 1863 roku do Marsylii, gdzie w rodzinie imigrantów asyryjskich była kucharką. Na Msze święte uczęszczała do kościoła św. Karola oraz do greckokatolickiego kościoła św. Mikołaja. Tutaj poznała ks. Filipa Abdou, rektora kościoła, który znał język arabski. Wybrała go sobie na spowiednika i kierownika duchowego.

    W Zgromadzeniu św. Józefa

    Mając dwadzieścia lat, Mariam wyglądała jak dwunasto-, trzynastoletnia dziewczynka. Jej rozwój fizyczny został zahamowany na skutek cierpień i niedostatecznego odżywiania się. Jedyną własnością Mariam było ubogie ubranie, które miała na sobie. Mieszkając w domu arabskim bardzo słabo poznała język francuski.

    Był już czas, aby podjąć decyzję o przyszłości. Kiedyś odrzuciła narzucane jej małżeństwo, teraz postanowiła wstąpić do klasztoru. Pierwszą próbę udaremniła jej gospodyni, Najjiar, która nie chciała utracić dobrej służącej. Prosiła wówczas o przyjęcie do Zgromadzenia Córek Miłości, zajmującego się opieką nad biednymi. Z kolei klaryski odmówiły jej przyjęcia z powodu słabego zdrowia. W 1875 roku Mariam została przyjęta do Zgromadzenia Sióstr św. Józefa na przedmieściach Marsylii. Zgromadzenie miało charakter międzynarodowy. Wśród postulantek i nowicjuszek znajdowały się Arabki z Syrii, dzięki którym Mariam czuła się bardzo swojsko.

    Wkrótce w zwyczajność każdego dnia wkroczyły niezwykłe zjawiska mistyczne, jak ekstazy i stygmaty, uważane przez Mariam za objawy trądu. Wzbudziły one niepokój we wspólnocie. Aby zapobiec ekstazom, powierzano Mariam przede wszystkim prace fizyczne. Ponieważ mimo to powtarzały się, większość wspólnoty uznała, że ta postulantka nie nadaje się do ich zgromadzenia, a powinna raczej wstąpić do klasztoru ze ścisłą klauzurą. W tej sytuacji przyszła Mariam z pomocą jej mistrzyni, s. Weronika, która przygotowywała się do wstąpienia do karmelitanek bosych w Pau. Zaproponowała Mariam, aby jej tam towarzyszyła i ta zgodziła się. I tak w maju 1867 roku Mariam opuściła Zgromadzenie św. Józefa. Przez dwa tygodnie zatrzymała się u matki ks. Abdou. W połowie czerwca przybyła do Pau.

  • W Karmelu w Pau

    Karmelitanki przyjęły Mariam na siostrę konwerskę, ponieważ nigdy nie uczęszczała do żadnej szkoły i była analfabetką. Pracowała w kuchni. Po krótkim postulacie 27 lipca 1867 roku otrzymała habit karmelitański i imię s. Marii od Jezusa Ukrzyżowanego. Biorąc pod uwagę cnoty nowicjuszki, zgromadzenie postanowiło uczynić z niej siostrę chórową. Podprzeoryszy zlecono obowiązek nauczenia jej czytania brewiarza po łacinie. Nowicjuszka, mimo usilnych starań, miała wielkie problemy z czytaniem nie tylko po łacinie, ale nawet po francusku, zwłaszcza z czytaniem samodzielnym. Widząc, że sobie z tym nie poradzi, wielokrotnie prosiła o zgodę, by mogła znowu być siostrą konwerską. Stało się to dopiero po czterech latach, w roku 1871.

    W nowicjacie często powtarzały się zjawiska nadprzyrodzone, co bynajmniej nie ułatwiało jej życia. Ponadto słabe zdrowie było przyczyną stawiania sobie pytań, czy tu jest jej miejsce. Współsiostry nie miały jednak takich wątpliwości, zwłaszcza mistrzyni nowicjatu, która po latach zeznała: "Trzeba by bardziej doświadczonego pióra niż moje, by przedstawić tę piękną duszę, jej szlachetność, prostotę, pokorę, miłość Boga i ludzi, jej siłę ducha w przeciwnościach, zaufanie Bogu, jej zdecydowanie w walce z szatanem, który ciągle ją napastował, jej umiłowanie życia ukrytego, zwyczajnego. Trzeba ją było widzieć i być z nią, by ją poznać. Czy wszystko to, co w jej życiu było lub jest nadzwyczajnego pochodzi od Boga? Nie do nas należy odpowiedzieć na to pytanie. Tylko to możemy powiedzieć, że jeżeli to nie Bóg był w niej sprawcą tych zjawisk, nasza nowicjuszka jest tym bardziej godna podziwu, że będąc w mocy szatana, pozostała wierna Bogu, w pełni Mu ufała, była pokorna i mała, nie szukając nigdy uznania dla siebie ze strony stworzeń, szukając tylko woli Bożej i Jego większej chwały. Dokładnie badałam jej uczucia i stwierdzam, że ona nigdy nie zeszła z drogi życia tylko dla Boga".

    W Karmelu w Mangalore

    21 sierpnia 1870 roku kilka karmelitanek bosych z Pau wyruszyło okrętem w drogę do Indii, by tam założyć klasztor w Mangalore. Inicjatorem fundacji był bp Lucien Garrelon, karmelita bosy, w zakonie Maria-Efrem od Najśw. Serca Jezusa.

    Kiedy w roku 1866 podzielił się z karmelitankami z Pau swoim pragnieniem założenia przez nie klasztoru w Mangalore, spotkał się z entuzjastyczną odpowiedzią. Właśnie w trakcie przygotowywania fundacji wstąpiła do klasztoru s. Maria od Jezusa Ukrzyżowanego. Na własną prośbę została dołączona do liczby fundatorek.

    Do Suezu podróż przebiegała spokojnie. Na Morzu Czerwonym karmelitanki pochorowały się, skutkiem czego w Aden musiały opuścić okręt. Dwie z nich zmarły, pozostałe dotarły do Kalkuty 22 października. Pozostałym przy życiu przybyły na pomoc następne siostry z Pau i siostry z Bayonne. Pod koniec 1870 roku w klasztorze w Mangalore można było rozpocząć regularne życie zakonne.

    S. Maria od Jezusa Ukrzyżowanego kontynuowała nowicjat. Po śmierci m. Elii jej mistrzynią była s. Maria od Dzieciątka Jezus z klasztoru w Bayonne. Bp Garrelon wyznaczył jej na spowiednika o. Łazarza od Krzyża, swojego wikariusza generalnego. To on ostatecznie wpłynął na to, że s. Maria znowu została konwerską. Uwolniona od obowiązków chórowych mogła poświęcić się umiłowanym przez siebie zajęciom fizycznym.

    Po upływie roku nowicjatu s. Maria złożyła śluby 21 listopada 1871 roku. Rozpoczął się przykry dla niej okres nieporozumień spowodowany regularnym powtarzaniem się zjawisk nadzwyczajnych. S. Maria rozmawiała o nich wyłącznie ze swoim spowiednikiem, o. Łazarzem. Jak długo pozostawała pod jego opieką, wszystko było dobrze. Niestety w styczniu 1872 roku o. Łazarz opuścił Mangalore i s. Maria straciła oparcie. Między nią a biskupem i zgromadzeniem zrodził się brak zaufania. Sytuacja pogorszyła się, gdy niektóre zjawiska nadzwyczajne w jej życiu zaczęto przypisywać działaniu szatana. Doszło do tego, że ona sama uważała swoją profesję za nieważną. W takiej sytuacji biskup odesłał s. Marię do klasztoru macierzystego w Pau.

    Karmel w Betlejem

    Pod koniec 1872 roku, niedługo po powrocie z Mangalore, s. Maria zaczęła mówić o potrzebie fundacji klasztoru karmelitanek bosych w Betlejem. Zgromadzenie przyjmowało to chłodno. Przecież dopiero co wróciła upokorzona z nieudanego udziału w fundacji w Indiach. Mimo to raz rzucona myśl nie umarła. Potrzebny był jednak czas na pozyskanie środków materialnych. Dostarczyła je Berthe Dartigaux, jedyna córka przewodniczącego trybunału w Pau, spokrewniona z hr. Saint-Cricq, ministrem za Karola X. Jej spowiednikiem był o. Pierre Estrate, ze Zgromadzenia Najśw. Serca Jezusa, który popierał ideę s. Marii.

    Teraz trzeba było uzyskać zgodę Stolicy Apostolskiej na osiedlenie się karmelitanek w Ziemi Świętej. Sprawą zajął się bp Lacroix, ordynariusz diecezji Bayonne. Pierwsza odpowiedź Kongregacji Rozkrzewiania Wiary była negatywna, ponieważ patriarcha Jerozolimy nie był w stanie zapewnić utrzymania klasztorowi klauzurowemu. Kongregacja zmieniła zdanie, gdy ją zapewniono, że klasztor ma zagwarantowane środki utrzymania z innych źródeł.

    Mniszki wyjechały z Pau 20 sierpnia 1875 roku. Towarzyszyła im fundatorka, Berthe Dartigaux. Po drodze zatrzymały się w Lourdes, następnie w Marsylii, gdzie s. Maria odwiedziła swoich znajomych z czasu pierwszego pobytu we Francji, przede wszystkim ks. Abdou i siostry ze Zgromadzenia św. Józefa. 26 sierpnia wsiadły na okręt, 6 września przybyły do Jaffy, 12 września dotarły do Betlejem, gdzie zamieszkały w prowizorycznym klasztorze.

    S. Maria była jedyną zakonnicą, która znała arabski, stąd też nic dziwnego, że to właśnie ona przede wszystkim zajęła się budową klasztoru. Ona wybrała miejsce budowy, ona czuwała nad robotnikami, kontrolowała dostawców, zażegnywała spory. "Paprała się w wapnie i piasku", jak to sama określiła obrazowo. Serdecznością, prostotą i usłużnością pozyskała sobie sympatię pracowników.

    Budowa szybko postępowała naprzód. 24 marca 1876 roku poświęcono kamień węgielny, a już 21 listopada tego samego roku w klasztorze zamieszkały zakonnice. Prace wykończeniowe trwały jeszcze w następnych latach.

    Od chwili przyjazdu do Betlejem s. Maria mówiła głośno, że karmelitanki powinny założyć również klasztor w Nazarecie. Rozmawiała o tym z patriarchą Jerozolimy, Vincenzo Bracco, przekonując go, że popierając tę fundację, będzie miał okazję zadośćuczynić za początkowy sprzeciw wobec projektu założenia klasztoru w Betlejem.

    W maju 1878 roku s. Maria od Jezusa Ukrzyżowanego z przełożoną klasztoru w Betlejem odwiedziły Nazaret, by zobaczyć miejsce pod przyszły klasztor. Przy okazji odwiedziły tamtejsze miejsca święte, zwłaszcza długo modliły się w grocie Wcielenia. S. Maria, która tyle lat spędziła w kuchni, z wielkim rozrzewnieniem zwiedzała grotę, zwaną popularnie "kuchnią Najśw. Dziewicy".

  • edytowano 25 August

    Ostatnie dni

    Po powrocie do Betlejem s. Maria w dalszym ciągu doglądała pracy robotników przy wykańczaniu klasztoru, chociaż wyraźnie ubywało jej sił i zbliżał się kres jej życia. W lipcu bóle się nasiliły, coraz trudniej oddychała. Jej nogi były opuchnięte, męczący kaszel uniemożliwiał sen. Mimo to każdego ranka stawała na swoim posterunku pracy.

    12 sierpnia mistrzyni nowicjuszek zanotowała: "Siostra Maria od Jezusa Ukrzyżowanego ciągle jest bardzo cierpiąca, mimo to z wielkim wysiłkiem i zaparciem się siebie pracuje. Kilkakrotnie mówiła nam: Czynię wszystko, by pchnąć prace do przodu, żebyście po mojej śmierci mogły żyć spokojnie i odpoczywać. Dzisiaj rano była bardzo słaba. Mimo to czuwała przy robotnikach ze zdwojoną energią. Dwukrotnie przewróciła się w ogrodzie".

    Tego dnia, niosąc dwa dzbany świeżej wody dla robotników, po raz trzeci przewróciła się, łamiąc sobie wielokrotnie lewe ramię. Cierpiała bardzo. Lekarze nie potrafili ulżyć jej bólom. Następnego dnia pojawiła się gangrena. W niedzielę, 25 sierpnia chirurg z Jerozolimy stwierdził, że gangrena objęła ramiona i szyję. Zastosowane przez niego środki nie przyniosły żadnej poprawy, lewe ramię było martwe.

    Chorej udzielono sakramentów świętych. Wśród wielu odwiedzających kapłanów, u łoża umierającej zjawił się również patriarcha Jerozolimy Vincenzo Bracco. Siostry czuwały przy niej w nocy. Oddychała coraz trudniej. Kiedy zadzwoniono na Anioł Pański, przeżegnała się. Jedna z sióstr podpowiedziała jej wezwanie: "Mój Jezu, miłosierdzia!" "O tak, miłosierdzia!" - powtórzyła za nią. To były jej ostatnie słowa. Umarła cicho, bez agonii. Było 10 minut po godzinie piątej rano 26 sierpnia 1878 roku. Miała 33 lata, z których 12 spędziła w Karmelu. Pogrzeb odbył się następnego dnia.

    Proces beatyfikacyjny, otwarty w roku 1919, zakończył się uroczystą beatyfikacją, której dokonał Jan Paweł II 13 listopada 1983 roku w Rzymie.

    17 maja 2015 r. w Rzymie papież Franciszek zaliczył ją w poczet świętych.

Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.